Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Mar 31, 2017 | 0 comments

Nelly Furtado już nie zależy

Nelly Furtado już nie zależy

8 lat temu miała w garści cały świat – multiplatynowe płyty, hity nagrywane w stylistykach folk-pop i r&b, kolaboracje z Timbalandem, Tiesto i The Roots, jedną pełną salę koncertową za następną (w tym nie raz w Polsce). Potem 5 lat temu zdarzyła się jedna kiepska płyta, po której Nelly Furtado zwyczajnie zniknęła z życia publicznego. Teraz wróciła z albumem The Ride, którym nam pokazuje, że nie zależy jej już na czymkolwiek. Poza samym tworzeniem.

Nelly Furtado gwiazdą stała się trochę z przypadku. Wydawcy z początku nie byli przekonani do tej 22-letniej wtedy dziewczyny mocno przywiązanej do klimatów folk/r&b, nikt nie wierzył w jakikolwiek sukces singla I’m Like a Bird. Jak się stało, już dobrze wiemy. Potem wystarczyło się odważyć na pracę z Timbalandem zza czasów, kiedy producent miał jeszcze oryginalne i chwytliwe pomysły na piosenki, by sprzedać ponad 12 milionów sztuk jednej płyty. Następna płyta, która okazała się komercyjną porażką (na listach sprzedaży docierała maksymalnie do 30. miejsca) musiała wtedy bardzo zaboleć. Nie dziwota zatem, że przez całe następne 5 lat o Furtado zaginął słuch. Podjęła się m.in. pracy w sklepie z płytami, szyciem, kursem pisania sztuk teatralnych, podróżowaniem po świecie (co wyjaśnia tytuł nowego albumu). Mówiąc po młodzieżowemu, „zresetowała się”. I ten reset doskonale słychać na The Ride.

Nie ma tu ani odrobiny tej Furtado którą słyszeliśmy wcześniej. The Ride skręca w stronę ambient-popu, r&b z mocnym basem, nawet synth-rocka! I brak tutaj wyraźnych przebojów czy kawałków, które określiłyby jednoznacznie brzmienie albumu – co udowodniły już same single, bardzo rozstrzelone stylistycznie. Najciekawsze są tu synth-rockowe Cold Hard Truth, Palaces i Right Road – artystka w takim kierunku wypada niezwykle świeżo. Zapewne spora zasługa w tym producenta Josha Congletona, pracującego wcześniej z Blondie, Franz Ferdinand, Sigur Rós czy Marylinem Mansonem. Jak dekadę temu przy albumie Loose, Nelly dzięki przerwie wydawniczej i zaufaniu nowemu człowiekowi, znalazła w sobie odwagę do skoku na kolejną wodę.

Co jeszcze tam mamy? Kilka oszczędnych popowych brzmień w Carnival Games (z powodzeniem mogłaby to śpiewać Alicia Keys), Pipe Dreams i Flatline, szybkie i radośnie brzmiące Sticks & Stones (na upartego, ktoś mógłby przyrównać to do dokonań z pierwszych płyt Nelly), ale też trochę nijakie Magic i Live udające ostatnie dokonania Solange Knowles. Album jako całość brzmi jednak jak dłużyzna bez spójnych mianowników. Gdyby go podzielić na kilka EPek, gdzie mielibyśmy po 3-4 utwory w tych samych klimatach – dostalibyśmy pełniejszy obraz nowego wcielenia Furtado.

Przyznam szczerze, byłem bardzo sceptyczny czekając na ten album. Miałem wrażenie, że Nelly wydaje ten album bez przekonania (jakoś nie widać, by tę płytę promowała w mediach większych od Pitchforka), jakby jej nie zależało na tym, by ktoś go posłuchał. I faktycznie, jej już na tym nie zależy. Nelly Furtado zrobiła swoje w studiu jak najlepiej potrafiła i nie potrzebuje nikogo przekonywać do siebie.