Moje najważniejsze albumy 2020

Skoro mieliśmy rok jaki mieliśmy, to też postanowiłem zrobić coś nietypowego. I tak, podsumowanie roczne z samymi albumami jest taką rzeczą, bowiem… przez osiem lat pisania nie zrobiłem takowego ani jednego! I od razu postawmy sprawę jasno – nie używam sformułowania „najlepsze”, bo sam mam niejedno zastrzeżenie do poszczególnych niżej wymienionych albumów. Są to natomiast te albumy, które były dla mnie najważniejsze. Dawały mi otuchę, radość, zabawę, nawet mimo swoich wad. One po prostu były moim 2020. Dlatego nie jest to zestawienie „najlepszych” płyt – jest to zestawienie moich najważniejszych płyt.

Kolejnośc totalnie losowa i bez znaczenia.


Grimes – Miss Anthropocene

Zdaję sobie sprawę, że wiele ludzi odbiło się od tej płyty, bo… jej nie zrozumieli. I nie chcę tu powiedzieć, że słuchacze byli tępi. Po prostu dosłownie nie zrozumieli Grimes. Nie dość, że wokale na Miss Anthropocene momentami brzmią jak mamrotanie (sam do dzisiaj nie wiem co ona śpiewa w So Heavy I Fell Through The Earth i 4AEM), to produkcja muzyczna jest co najmniej dziwna. Zabawy z kilkoma popowymi stylistykami na raz robione w duchu DIY dały tu efekt albumu teoretycznie dla każdego, a w praktyce dla nikogo. I jeszcze ten koncept „bogini końca świata” (tytułowej Miss Anthopocene), który nikogo nie obszedł. Efekt końcowy? Ja w tym wszystkich zakochałem się bez pamięci.


Dua Lipa – Future Nostalgia

Kiedy Dua wydała swój debiutancki album – do którego droga była długa i poprzetykana kiepskimi singlami – to spisałem ją na straty. Całość brzmiała tak generycznie i beznamiętnie, że zakładałem iż skończy jak Rita Ora. Aż tu nagle przyszedł olbrzymi skok jakościowy jakim jest Future Nostalgia. Które nie tylko bierze sporo patentów z ery disco, ale też naprawdę świetnie je miesza ze współczesnymi trendami dance-popu. Zaprawdę powiadam wam, gdyby nie pandemia, to Future Nostalgia byłaby wszędzie.


Jessie Ware – What’s Your Pleasure?

Jeśli mam zrobić listę muzycznych zaskoczeń 2020, to transformacja Jessie Ware w divę a’la Donna Summer byłaby na pierwszym miejscu. Dyskotetkowe bangery mieszające ze sobą patenty z lat 80 i 90, pełne namiętności i klimatem rodem ze Studio 54. Nie ukrywam, że w jej przypadku zatrzymałem się na erze Wildest Moments… więc możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy do moich uszu doszło What’s Your Pleasure?. To ta sama kobieta? No way!


Rina Sawayama – SAWAYAMA

Gdybym jako nastolatek chciał wydać płytę będąca zmiksowaniem wszystkiego co mi wtedy wpadało w ucho, to zapewne wyszłoby mi coś na kształt tego, co zrobiła Rina Sawayama. Jej debiutancki album to definicja eklektyzmu we współczesnym popie, który już nie garściami, a wręcz całą łopatą bierze z każdego gatunku – z rocka, popu, nu-metalu, R&B, hip-hopu, soulu – oraz różnych kultur. Rina, która jest Japonką wychowaną w Wielkiej Brytanii, jest ze swoim albumem jak ambasadorka hasła „jedność ponad różnicami i narodami”. Ten album jest jak film Marvel Cinematic Universe – nie zostawi was obojętnym i zechcecie go rozbierać na części pierwsze. I powtarzać seans aż do znudzenia.


Hayley Williams – Petals For Armor

Ilekroć w podsumowaniach roku pisałem cokolwiek o Paramore, to myślałem sobie „czy jeśli Hayley z chłopakami nagrałaby zły materiał, to i tak byłoby to dla mnie coś ważnego w minionym roku”? Póki nie muszę się nad tym zastanawiać głębiej, to cieszę się, że dała mi w tym roku album ubrany w dźwięki do których niekoniecznie mnie przyzwyczajała od lat. Pełen gniewu, otwartych ran, kobiecości i szczerości. Szczerości, która wręcz przywaliła mi w twarz (bardziej szczegółowa recenzja tutaj).


Yungblud – weird!

Podobno każda moda zatacza koło i wraca. Wszystko wygląda na to, że wkrótce czeka nas muzyczny revival punk-popu i właśnie m.in. przez Yungbluda. 23-latek na weird! bierze pod swoje muzyczne, przebojowe ramiona te wszystkie dzieciaki, które czują się niezrozumiane w domach, odrzucone przez rówieśników i przeżywających mocno każde rozstanie miłosne. I mówi im w piosenkach „hej, jestem z wami, ja was rozumiem”. A ja do dziś nie zapomniałem jak to jest być takim nastolatkiem. Dlatego ten album – mimo, że wyszedł pod koniec roku – tak mocno mnie urzekł. Może dalej jestem tym nastolatkiem.


Poppy – I Disagree

A jak już jesteśmy przy zaskoczeniach, to Poppy też się do nich zalicza. Wcześniej jej muzyka tylko pojawiała się na chwilę w moich słuchawkach i szybko o niej zapominałem, bo był to electropop z domieszką rocka, jakiego wszędzie pełno. Za to na I Disagree mamy już pełnokrwisty industrial rock i nu-metal. Z wokalem Poppy, który za jednym razem brzmi cukierkowo, a później wydziera się „na pełnej kurwie”, tworzy to niezapomniany album. Ujmując skrótowo – tak by mogła brzmieć Britney Spears zmiksowana z Nine Inch Nails. I sam się sobie dziwię, że to działa.


Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately

Powiem krótko – tak by brzmiała Lana Del Rey, gdyby była facetem (nieheteronormatywnym). Muzyka Michaela Hadreasa to popis eksploracji duszy mężczyzny we współczesnym świecie ubrany w poetycki, nieco teatralny indie-pop. Rzecz koniecznie do słuchania w całości, od początku do końca.


Bring Me The Horizon – Post Human: Survival Horror

Panowie z BMTH zainspirowani pandemią i kryzysem klimatycznym stworzyli najlepszy możliwy soundtrack do nadchodzącej apokalipsy i odbudowali moje zaufanie do nich, nadszarpnięte poprzednimi dokonaniami (więcej w mojej recenzji).


Arca – KiCk i

Albumów opowiadających o niebinarności i tożsamości płciowej jest jak na lekarstwo. A zwłaszcza u takich choć trochę bardziej popularniejszych twórców. I chociaż o Arce częściej mówi się pomiędzy nazwiskami współpracowników (Bjork, Kanye West, FKA Twigs), to jako ona sama ma sporo do powiedzenia. Muzyka na KiCk i to połamana elektronika pełna synthvawe’ów, techno-clubowych rytmów i wpływów latino. Wszystkie te elementy razem złożone na albumie mają tak dziwną konstrukcję, że nawet najbardziej wytrwałego słuchacza mogą wprawić w dyskomfort. Nawet jeśli są tu popowe bangery (jak numer z Rosalią) i gościnny występ Bjork, to wciąż jest to świadectwo producentki żyjącej w świecie przyszłości. Przyszłości bez granic muzycznych i granic płciowości.


Hania Rani – Home

Jeśli mówimy o podsumowaniu roku, gdzie wszyscy byliśmy zmuszeni do siedzenia w domach, to płyta o takim tytule musiała się tu pojawić. I będę szczery – fenomenalnej Esji nie udało się artystce przebić. Za to stworzyła jej dobrą kontynuację, wzbogaconą subtelnymi wokalami i – po raz kolejny – wypełniona przestrzenią, w której wręcz się idzie utopić. Kolejna w tym zestawieniu rzecz do słuchania tylko w całości.


Jessie Reyez – Before Love Came To Kill Us

W 2020 na playlistach rządził dance, a niewiele było dobrego, przebojowego R&B. Jessie Reyez swoim debiutanckim albumie trzyma się bardziej tego gatunku w stylu bardziej Lauryn Hill i Alicii Keys niż Beyonce. Pełno żywych instrumentów, przeklinania i kobiecej emancypacji – a nad tym wszystkim lekko chropowaty, nafaszerowany emocjami głos. Jessie miała w tym roku tego pecha, że jej pełnoprawny debiut ukazał się tego samego dnia co Future Nostalgia Dua Lipy – więc nawet bez pandemii mogłaby mieć problem rozbłysnąć pełnym blaskiem. Ale jeszcze ma na to sporo czasu. Po Before Love Came To Kill Us wierzę w nią.


Rosalie – IDeal

Pierwsza zakontraktowana artystka polskiego Def Jam zrobiła album do tańca… i wydała go na samym początku wiosennego lockdownu, kiedy tańczyć można było tylko w mieszkaniach. I tak, zgadliście – tańczyłem do tych pop/R&B przebojów jak wariat w salonie. Bo wystarczy odpalić Najbliżej, Nie mów czy Zapomniałam jak, a nogi będą wam chodzić same.


Roisin Murhpy – Roisin Machine

Roisin swoim albumem dołączyła do Jessie Ware, Dua Lipy, Lady Gagi i Kylie Minogue zapewniając nam pandemiczne disco. W całej tej czwórce to jednak najbardziej kupiła mnie Roisin, której to dyskotetka jest od początku do końca opowieścią, w której autorka prowadzi nas za rękę i opowiada w rytmie nu-disco, smyczków i euro-dance historie o wyzwoleniu i pragnieniach.


Kasia Lins – Moja wina

Nigdy do słuchania Lins nie miałem pośpiechu, ale w przypadku Moja wina wyszło mi to nawet na dobre. Bo gdybym zaczął słuchać jej przy premierze, to miałbym cale lato zmarnowane na dołowaniu się. Ale za ubranym w świetną blues-rockową gitarę, teksty pełne teatralnych metafor i klimat jak z filmów Lyncha. Zaryzykuję stwierdzenie, że Ewa Demarczyk byłaby dumna.


Taylor Swift – folklore + evermore

Co prawda, ta druga wydana w grudniu jest ciut słabsza od poprzedniczki, ale przyjmijmy te „siostrzane płyty” za jednolite dzieło. Bo łączy je sporo – panowie z The National i Bon Iver, zamiłowanie do akustyki i przeklinania (Taylor Swift śpiewająca „fuck you forever” to coś pięknego), klimat wioski schowanej w lesie i są obie pierwszymi od dawna albumami Swift gdzie instrumenty mają coś do powiedzenia, nieprzykryte popowymi beatami.


Taki to był mój albumowy 2020. Bardzo taneczny w roku, kiedy parkiety musiały świecić pustką oraz pełen opowieści w roku, kiedy miałem aż nadto czasu na słuchanie takowych. A co grało u was w 2020?

Jeśli album był dla mnie ważny, to logiczne, że muszę go sobie sprawić na winylu. Tę szóstkę z powyższych udało mi się dorwać.

PS. Kolejne podsumowanie będzie o singlach.