Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Lut 22, 2021 | 0 comments

Margaret oszalała i/albo jest szczęśliwa

Margaret oszalała i/albo jest szczęśliwa

Nie przedłużyła międzynarodowego kontraktu wydawniczego, rzuciła intratną pracę w telewizji, wzięła ślub w Peru, zamieszkała w lesie, założyła własną wytwórnię, a do duetów dobiera sobie m.in. Otsochodzi, Kizo, Kukona i Young Igiego. Wniosek? Zwariowała… albo wreszcie jest szczęśliwa sama ze sobą. Po przesłuchaniu Maggie Vision twierdzę, że gdzieś pomiędzy. Co nie znaczy, że zawsze w tym szaleństwie Margaret jest metoda.

Margaret w zasadzie już od początku kariery dawała do zrozumienia, że ma większe ambicje niż tylko trzaskanie przebojów na Gorącą 20tkę Eski. Debiutancki album garściami czerpał ze ska, eurodance i retro – wciąż jednak w przebojowym popowym sosie (tutaj moja recenzja, pod którą wciąż się podpisuję). Kiedy radiostacje ledwo skończyły grać Thank U Very Much, to ona nagle wyszła z albumem… jazzowym nagranym wraz z Mattem Duskiem! Promując kolejny postanowiła nagle wydać na singla balladę po polsku. Kolejny album napisała w całości po polsku z zupełnie nowymi dla niej producentami, w którym bez krępacji przeklina i zamiast śpiewać to głownie rapuje i recytuje linijki. Teraz już wiadomo, że był to swoisty bufor, do tego, co dostaliśmy na Maggie Vision.

Wiadomo, że obecnie hip-hop to nowy pop, bo w rapowanie bawiły się nawet Beyonce i Ariana Grande. Jednak nikt poważny by tego nie nazwał hip-hopem, a najwyżej hip-popem czy urban-popem. Jednak o ile wcześniej wymienione tylko sporadycznie bawią się z taką stylistyką, tak Margaret na Maggie Vision zrobiła z niej właściwie swój nowy trademark. I jest to bardzo naturalna ewolucja w jej muzyce i szczera zarazem. Co prawda, poczułem się nieco oszukany wcześniejszymi zapowiedziami Margaret o „nowym twórczym rozdaniu” i „eksperymentach”, ale absolutnie rozumiem dlaczego artystka traktuje Maggie Vision jako twórcze katharsis. Bo tu wreszcie zaczęła otwarcie śpiewać/nawijać o niektórych rzeczach.

Dawała nam to do zrozumienia w co drugim singlu wyrzucając z siebie takie frazy jak „jedyne szczęście jakie dziś znam, to te na receptę”, czy „nie będę bić się o stary fotel, widzę pod innym kątem” oraz to, które narobiło jej ostatnio najwięcej ekspozycji w mediach: „wciągałam te kreski, ubrana w najdroższe kiecki”. Na całości schowało się jeszcze kilka podobnych wyznań o nielubieniu życia w blasku fleszy. A do tego wszystkiego jeszcze trochę wkurzenia na sytuację polityczną (No Future to chyba najlepsza liryka w karierze Gosi) plus trochę wyluzowania (nielubiany przez wielu recenzentów Reksiu) i feministycznych przesłań (Nowę Plemię). Margaret za kilka miesięcy skończy 30 lat, więc przerzucenie się na takie tematy jest w czymś w zasadzie… normalnym? A przynajmniej nie powinno być niczym zaskakującym. Ja ten progres kupuję w 100%, bo mając do wyboru Maggie rapującą „mówię co boli mnie wprost” i Maggie aspirującą do wyjazdu na Eurowizję – odpowiedź jest prosta.

Jeden akapit należy oddać gościom, bo jest ich tak dużo (na czternaście kawałków aż osiem featów), że są w zasadzie kluczowi dla tej płyty. Otsochodzi i Young Igiego jeszcze można było się spodziewać (ten drugi już wcześniej zaprosił Małgosię na duet w bardzo udanych Układankach), ale żeby Kukon, Kara i Kizo? Jakby Maggie chciała nam na siłę pokazać jaka to ona jest „z rapowego podwórka”. Wyszło… średnio. Kizo więcej sepleni niż gada, Kara na beacie Antipop wypada sztucznie, a Kukon… well, on miał najłatwiej, bo zwyczajnie wyrzucił z siebie to, co wielu ludziom na początku listopada leżało na wątrobie. Paradoksalnie, najlepiej sprawdzili się ci, którzy byli bliżej tej „dawnej Margaret” – czyli debiutujący Stanislavv (którego Margaret poznała na planie The Voice) i Urboishawty oraz Natalia Szroeder (która pewnie wzięła kilka lekcji u Quebo).

O warstwie muzycznej to już można by naprawdę dyskutować długo (i są ludzie, którzy to robią). Margaret mocno natchniona przez KaCeZeta poszła w mieszankę minimalizmu (większość podkładów jest bardzo surowa), trapu i popu. Czyli wszystko, co już było na pierwszych miejscach Billboardu i topek Spotify. Czerpanie z zagranicznych wzorców jest u naszych producentów codziennością i serio – to już dawno nie powinien być wstyd. Polska muzyka nie służyła do zawracania rzeki kijem, tylko do przeszczepienia na polski język dobrych trendów. Margaret na Maggie Vision nie zrobiła nic więcej, a ja nie muszę wymagać od niej czegoś ekstra. Może tylko więcej chwytliwych momentów, żeby produkcje trwały więcej niż 3 minuty i 6 sekund (tyle ma najdłuższy utwór na tym albumie, serio).

Niektórzy recenzenci wyrzucają Margaret, że nie ma tu mowy o jakiejkolwiek przemianie, tylko zwyczajnie wykalkulowane na zarabianie robienie pop-rapu, bo to jest w modzie. Nawet jeśli – to co z tego, do cholery? Przynajmniej tutaj wszystko do siebie pasuje. Jeśli Margaret na takim wcieleniu będzie zarabiać takie pieniądze jakie miała za czasów grzania Cool Me Down w europejskich radiostacjach, to sam chętnie do tego przyłożę do tego rękę. Byleby była w tym spełniona.

7/10