Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Maj 30, 2020 | 0 comments

Świat się wali, a Lady Gaga tańczy

Świat się wali, a Lady Gaga tańczy

Lady GaGa po 12 latach kariery naznaczonej milionami sprzedanych płyt, pierwszymi miejscami list sprzedaży i przebojów na całym świecie, jedenastoma Grammy, dwoma Złotymi Globami i Oscarem, ale również kilkoma potknięciami, może już obecnie robić dosłownie wszystko. Ostatnie posunięcia zdawały się mówić, że artystce już nie zależy na radiowych playlistach i parkietach dyskotek, a woli się skupić na bardziej wymagających słuchaczach – album jazzowy z Tonym Bennettem, niemal rockowy album Joanne czy obsypana nagrodami ścieżka dźwiękowa Narodzin gwiazdy. A tu psikus, bo Lady Gaga postanowiła wrócić na parkiety dyskotek…. z tym, że w nastroju totalnie nie do tańca.

Kiedy Lady Gaga debiutowała 11 lat temu (fakt, że to doskonale pamiętam, tylko mi uzmysławia że metryką bliżej mi do 30-tki niż 20-tki), to z początku jej nie lubiłem za cały plastik, kicz i odrobinę tandety, jaką sobą wtedy prezentowała. Zmieniłem zdanie w chwili, kiedy usłyszałem, jak śpiewa Poker Face na żywo grając na pianinie. Musiałem posypać głowę popiołem i zdać sobie sprawę, że mam do czynienia nie z wymyślonym marketingowo tworem, a artystką i songwriterką z krwi i kości. Która wiedziała co i jak chce powiedzieć. Z czasem zaakceptowałem całą otoczkę i doceniłem, że Gaga po prostu wie jaki jest przepis na przebojowość (muzyczną i wizerunkową). Dobra, ale po co ta dygresja o czasach debiutu w momencie wydania Chromatica? Bo na tym albumie Gaga sobie przypomniała o swoich początkach. Chromatica to próba trzaskania przeboju za przebojem.

I trzeba przyznać, że podczas słuchania kończyny rwą się do tańczenia. Gaga razem z głównym producentem – BloodPopem – stworzyła materiał skrojony pod tańczenie w zatłoczonych klubach. I to taki od linijki wręcz – są rozwijające się beaty, skandowanie tytułu po kilkanaście razy, drop za dropem, a nawet śpiewanie Gagi sprawia, że wiemy w której sekundzie wleci jakiś hook i jaki ruch na parkiecie wykonać. Trochę też tu wpływów house i italo disco. Jeśli komuś w trakcie słuchania przyszła do głowy wczesna Madonna czy Kylie Minogue z czasów Spinning Around, to całkiem trafnie. Gaga od początku do końca nie ukrywa, że muzycznie chodzi jej tylko o zabawę. Nie licząc trzech instrumentalnych interludiów, które brzmią bardzo filmowo (pokłosie pisania muzyki do Narodzin gwiazdy?), mamy tu 40-minutową dyskotekę bez wytchnienia. I niestety, ale Chromatica właśnie przez te tańce głownie się wykłada. Porównajmy sobie znów to do pierwszych albumów Gagi, gdzie również mieliśmy sporo tanecznych kawałków, ale one nie były jedynym co oferowała Gaga. Były też ballady, były aranżacje na fortepian i gitary elektryczne, były utwory popowe do słuchania, a nie tylko tańczenia. Tutaj słuchaczowi nie daje się nawet chwili oddechu i strasznie to męczy. I też rozczarowuje, kiedy wiemy, że mamy tu naprawdę zdolną songwriterkę, która swój talent zmarnowała na jeden patent kompozycyjny. Jedni powiedzą, że „to dobrze, dzięki temu album jest spójny”, drudzy że „to źle, przez to album jest monotonny”. I wszyscy będą mieli tu rację.

Tyle że, są to jednak produkcje… udane. W swoim gatunku. Mają wszystko co potrzeba do bycia świetnymi klubowymi bangerami, do rozkręcania dyskotek i imprez. Gaga chce nas rozerwać podczas pandemii, i z tym albumem to się w sumie udaje. Ale tylko jakby puszczać te utwory pojedynczo, bo naraz robi się zbyt tłoczno i intensywnie na tej balandze.

Ale to brzmienie to dopiero jedna strona medalu, bo można się było tego spodziewać – Gaga od samego początku promowania płyty mówiła, że „chce zrobić wszystko, by słuchacze mogli się bawić i tańczyć”. Najciekawiej się robi, kiedy się wsłucha w teksty. Bo na tej dyskotece Gaga bawi się z łzami w oczach. Pragnienie miłości, rozczarowania, problemy z własną tożsamością, traumy, bóle. To wcale nie jest wesoła płyta, na przekór całej zawartości muzycznej. Kiedy się tylko czyta te teksty, to ma się ochotę artystkę przytulić i powiedzieć „będzie dobrze, kochamy cię”. I, żeby było jasne – ja wierzę tutaj w każde słowo Gagi, wierzę w tę szczerość, momentami bardzo bolesną. Ale trudno mi się jej słucha w takiej formie, jaką nam tutaj zaserwowała. Każdy artysta ma prawo do własnej formy ekspresji, do decydowania o sposobie odkrywania się przed słuchaczem. Ale moim zdaniem, tutaj treść jest za mocno pogrzebana pod formą. Co prawda, taki sposób wyrażania niewesołych emocji nie jest niczym nowym w muzyce – bo takie rzeczy robili już chociażby The Weeknd czy Billie Eilish, a całkiem niedawno przerabiałem to z albumem Hayley Williams. Ale tutaj po raz pierwszy mam wrażenie, że te emocje nie umieją wybrzmieć tak jak powinny, przykryte u Lady Gagi dyskotekowymi rytmami i brokatem.

Tak, wiem, że na potrzeby tego albumu Gaga stworzyła własny „alternatywny świat” – tytułową planetę Chromatica, na którą się udała, po tym jak uznała Ziemie za nieodpowiednią dla niej (napisany tuż przed pandemią koronawirusa tweet Gagi „earth is cancelled” brzmi teraz tak cudownie ironicznie…). Absolutnie rozumiem takie zabiegi marketingowe i nawet lubię, jak artyści sobie wymyślają takie własne światy, powiązane z muzyką. Przynajmniej coś ciekawego się dzieje. Problem w tym, że szybko o tym „marketingu” zapomnimy, a muzyka będzie się musiała obronić bez tego.

Nie jestem w stanie wydać jednoznacznego osądu na zasadzie „dobra płyta/zła płyta”. Produkcje dobre, ale ich jest za dużo na jedną płytę, emocje autentyczne, ale ich opakowanie pozostawia sporo wątpliwości…
Ale zdecydowanie zachęcam was do posłuchania Chromatica (chociaż pewnie już dawno to zrobiliście), więcej niż raz i do uważnego wsłuchania się. Bo ja sam – jak na gościa który powyżej nie zamieścił zbyt wielu ciepłych słów – od wczoraj zdążyłem przesłuchać ten album co najmniej dziesięć razy. Nie tylko w celach analitycznych.