Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Mar 19, 2020 | 0 comments

Płyty, które nadrabiam na kwarantannie: cz. 1

Płyty, które nadrabiam na kwarantannie: cz. 1

Jeszcze 13 marca rano byłem przekonany, że najgorsze co może mnie spotkać w obliczu pandemii koronawirusa, to obcięcie etatu w pracy. Bo o ile szkoły i uczelnie można było łatwo zamknąć w obawie przed pandemią (a wręcz należało), to sądziłem z sektorem gastronomicznym łatwo nie będzie – bo ludzie jeść muszą. Taaa. Naiwny byłem. Tego samego dnia wieczorem ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego i z dnia na dzień dołączyłem do tej części społeczeństwa, od której oczekuje się siedzenia w czterech ścianach.

Obecnie, jeszcze nie dostaję przysłowiowego pierdolca, bo potraktowałem tę społeczną kwarantannę jak okazję do nadrobienia wszystkich zaległości muzycznych, jakie zdążyłem sobie narobić nie tylko w tym roku, ale i w 2019. Czyli tego roku, który zapamiętam jako jeden z najbardziej zapracowanych w moim życiu i na muzykę zwyczajnie nie miałem już czasu. A teraz mam go aż nadto.

Kolejnej okazji tak prędko nie będzie, zatem postanowiłem przed wami odkopać swoją kupkę wstydu. Mam tych płyt naprawdę BARDZO DUŻO i gdybym miał je wymieniać i analizować w jednym wpisie, wyszłoby z tego wielkie tomiszcze. Dziś pierwsze siedem. bardzo różnych gatunkowo pozycji, kolejne wpisy będą pojawiały się tak długo jak będziemy prawie wszyscy zmuszeni do siedzenia w domach.

Kesha – High Road
(data wydania: 31.01.2020)
Kesha za czasów debiutu była moim guilty pleasure, później z zaciekawieniem obserwowałem jej karierę, a najnowszy album jakoś mi uciekł w natłoku innych premier stycznia. Kesha mogłaby z Arianą Grande przybić piątkę jeśli chodzi o traumatyczne doświadczenia. Autorka hitu TiK ToK musiała przeżyć na oczach całego świata wieloletnią sądową przegraną batalię z wytwórnią Sony oraz z producentem, który miał ją upokarzać i gwałcić. Po tamtych ciężkich czasach wydała w 2017 album Rainbow, w którym nijak nie przypominała imprezowiczki którą poznaliśmy w 2010, po czym… chyba za tym zatęskniła. High Road jest deklaracją emancypacji Keshy i deklaracji „jestem kobietą, która padnie, ale potem powstanie, strzepie pył, poprawi koronę i będzie dalej się bawić”. Czasem jest wręcz prostacko i niepotrzebnie wulgarnie, ale poza tym chyba mamy złoty środek w twórczości Keshy.

Biały Tunel
(data wydania: 6.03.2020)
Kiedy po enigmatycznych zapowiedziach wreszcie wydało się, że ten projekt to po prostu Ten Typ Mes odkrywający autotune’a, moją reakcją było „o Zeusie, dlaczego?!”. Nie jestem przeciwnikiem autotune, ale patos z jakim zapowiadał ten album Mes totalnie mnie ostudzał. Zatem też nie oczekiwałem i nie rzucałem się na ten album. Koniec końców, jest to nieźle wyprodukowana płyta, z bardzo dobrymi gośćmi (i wszyscy wypadli lepiej niż główny bohater, a Paulina Przybysz tam dosłownie zdissowała Mesa), ale… te „wokale” i zwrotki Mesa uprawiającego głownie autofellatio to prostu jakiś koszmar. Trzymajcie się od tej płyty z daleka.

Karaś/Rogucki – Ostatni Bastion Romantyzmu
(data wydania: 14.02.2020)
Zabierałem się do tej płyty jak pies do jeża. Głównie przez Roguckiego, z którym już dawno się rozminąłem muzycznie (mówię tu zarówno o jego solówkach jak i Comie). Pierwsze single nijak nie rozbudziły mego apetytu – brakowało w tym charakteru i własnego wyrazu. A przecież przy spotkaniu tak odmiennych osobowości muzycznych, aż się prosi by coś iskrzyło. Tymczasem, dostajemy nic ponad karasiowe inspirowanie latami 80. i zimną falą elektroniki. A Roguc, jak to on, egzaltuje do potęgi i rzuca metaforami jak z rękawa. W konsekwencji, na albumie… wszystko tutaj do siebie pasuje. Jest to trochę kiczowaty i patosowy romantyzm (zgodnie z tytułem), ale jest to wszystko spójne i działa. Jeśli będę miał okazję zobaczyć to na żywo, to na pewno to zrobię. Tak sobie myślę, że gdyby ten projekt firmować jako kolejny solowy album Roguckiego z informacją, że produkuje go Karaś (bez dodawania go do nazwy), nic by się nie stało.

Coldplay – Everyday Life
(data wydania: 22.11.2019)
Wbrew wszelakim pozorom i plotkom, ja naprawdę lubię Coldplay. Od mojego pierwszego kontaktu z nimi (to było około 2008, za czasów Viva La Vida) miałem do nich pełno miłości, ochoczo nadrabiałem starsze albumy, bezboleśnie przeżyłem Mylo Xyloto, Ghost Stories traktowałem na zasadzie eksperymentu w twórczości… Ale potem pojawiło się A Head Full Of Dreams i poczułem się, jakby Chris Martin z kolegami dali mi w twarz. Późniejsza kolaboracja z The Chainsmokers tylko dołożyła oliwy do ognia. Dlatego bałem się Everyday Life, mimo wszelkich zapewnień znajomych, że „wcale nie jest tak źle”. W końcu się przemogłem i wcisnąłem „play” w oczekiwaniu na… nie wiem co. Ale faktycznie – jest lepiej. Ociekający patosem stadionowy pop-rock, który wcześniej dominował, ustąpił na Everyday Life miejsca powrotowi do korzeni zespołu, delikatnym rozważaniom o kondycji świata i natury, eksperymentom z britpopem i world music. Tym albumem nie wyprzedawaliby stadionów i festiwali, ale hale i rockowe kluby – jak najbardziej. Nawet trochę mi szkoda, że nie wyruszyli w trasę (którą pewnie i tak dzisiaj by odwoływali…).

Lewis Capaldi – Divinely Uninspired To a Hellish Extent
(data wydania reedycji: 22.11.2019, album pierwotnie wyszedł w maju 2019)
Fenomen Lewisa chyba jakoś ominął Polskę, chociaż pamiętam jak swego czasu nasze radiostacje często grały jego Someone You Loved. Już z tego kawałka wyłaniał mi się obraz wokalisty Coldplay zmieszanego z Edem Sheeranem – co nie było dla mnie wtedy żadną zachętą. Ale potem pomyślałem sobie „dobra, może to tylko jeden kawałek” i obiecałem sobie, że przesłucham ten album. I po przesłuchaniu… wciąż widzę i słyszę dziecko Chrisa Martina (musiałem parę razy autentycznie sprawdzić, czy przypadkiem nie przełączyłem na Coldplay!) i Eda Sheerana. Zestaw 15 piosenek (na pierwotnej wersji płyty było ich 12) pisanych na jednostajną modłę – pianinko, gitarka, patosik, głośno śpiewający Lewis, miłość (głównie ta nieszczęśliwa). Taki klasyczny „sheerancore”. Dla fanów takiej specyfiki – spoko. Ja – dziękuję, postoję gdzie indziej.

Ofelia
(data wydania: 15.11.2019)
Ona ci powie, że jest Ofelia, a to naprawdę Ula z M jak Miłość. Dobra, żarty na bok. Ofelia w rzeczywistości na ma imię Iga Krefft, mogliście ją oglądać w polskich serialach, a od jakichś dwóch lat stawia swoje pierwsze kroki w muzyce. A ja na śpiewających aktorów zawsze reaguję ciekawością. I od Ofelii dostałem to, czego mogłem się spodziewać – modny od kilku lat styl singer-songwriter z bardzo emocjonalnymi tekstami i dominującą gitarą lub pianinem, aranże są proste, a sama Ofelia nie daję swemu głosowi wyjść przed szereg, pozwalając tym samym słuchaczowi na własną interpretację. I jest to przepis na „romantyczną songwriterkę” jakich mamy już w tym kraju pełno. Ale u Ofelii słychać potencjał na rozwinięcie instrumentarium i pola do popisu. Bo skoro Julia Pietrucha potrafiła, to ona tym bardziej.

Natalia Przybysz – Jak malować ogień
(data wydania: 25.10.2019)
Jeśli chodzi o siostry Przybysz, to zdecydowanie wolę Paulinę. Natalia wydawała mi się zawsze taką jakby „nadinterpretacją Janis Joplin”, bez krztyny własnej osobowości. Najnowszy album zaciekawił mnie tylko dlatego, że Natalia nim debiutuje w Kayaxie oraz jego „ekologicznym wydaniem” (tutaj zobaczcie szczegóły). Po przesłuchaniu go teraz, stwierdzam, że u niej nic się nie zmieniło. Natalia wciąż siedzi sobie wygodnie na półce blues-rockowej z wpływami popowymi, śpiewa o niezależności, kobiecej sile i poszanowaniu natury. I to już taki trzeci album z rzędu. Jakościowo nie miałbym się do czego przyczepić (może poza niepotrzebnym coverem Krakowski spleen), ale wciąż chętniej sięgam po albumy Pauliny.

Jeśli wy macie mi do zaproponowania jakieś albumy, które mogły mi uciec w 2019 (lub już w 2020), to zapraszam do rzucania nimi w komentarzach. Póki trwa kwarantanna – mam mnóstwo czasu do słuchania wszystkiego. Może poza reggae, disco-polo i Bono śpiewającego o koronawirusie.