Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Cze 7, 2019 | 0 comments

Muzycy, którzy też zasłużyli na film

Muzycy, którzy też zasłużyli na film

Wielki sukces komercyjny Bohemian Rhapsody (zwieńczony niekoniecznie zasłużonymi Oscarami), debiutujący w kinach Rocketman o życiu Eltona Johna, nadchodzący Yesterday opierający się na fenomenie i muzyce The Beatles (chociaż samego zespołu tam nie uświadczymy), kilka tygodni temu Netflix wypuścił film o Mötley Crue, a jeszcze w tym roku Renee Zellweger pokaże nam jak wypadła jako Judy Garland. Te, oraz wszystkie inne znaki wskazują, że Holywood ponownie dostrzega potencjał w ekranizowaniu muzycznych życiorysów. Jeśli ktoś z Fabryki Snów mnie czyta i szuka pomysłów na kolejne gwiazdy muzyki do przeniesienia na srebrny ekran, to służę pomocą.

(wpis wyjątkowo nie jest zilustrowany muzykami o których mowa, a przykładami udanych wizualnie aktorskich kopii muzyków)

Amy Winehouse

Pewnie sądzicie, że nagrodzony Oscarem film dokumentalny Asafa Kapadii wyczerpał temat? Jestem skłonny twierdzić, że niekoniecznie, zwłaszcza że ojciec artystki ponoć szykuje swoją własną wersję historii o utalentowanej córce, którą zniszczyła wielka kariera. To udowadnia, że w historii Amy Winehouse nic nie było tylko czarne lub białe – a takie scenariusze Hollywood uwielbia najbardziej.

Kariera aktorska Jennifer Lopez to głównie sztampowe komedie romantyczne. Rola latynoskiej wokalistki Seleny Quintanilli jest chlubnym wyjątkiem.

Kurt Cobain

Fakt, że do tej pory takowy jeszcze nie powstał usprawiedliwia tylko to, że Frances Bean Cobain i Courtney Love wielokrotnie gasiły wszelkie zapały producentów filmowych nie dając nikomu praw do ekranizacji życia muzyka Nirvany (raz ktoś rzucił pomysł na musical o Kurcie!). Aż do powstania dokumentu Montage of Heck. Więc może teraz pora na należyty aktorski biopic?

Mimo że rola Joan Jett przypadła Kristen Stewart z błogosławieństwem oryginału, nie zmienia to faktu, że wyszło na wskroś przeciętnie.

David Bowie

Film o całej karierze najbarwniejszego muzyka naszej planety byłby bardzo kłopotliwy, albo dłuższy niż ostatnia część Avengers. Sam epizod życia w Berlinie i era albumu The Rise and Fall of  Ziggy Stardust zasługują na osobne seriale. Tak czy siak – Davidowi coś się należy od przemysłu filmowego. A jeśli ten projekt miałby kiedykolwiek dojść do skutku, to dwa angaże muszą być oczywiste – Duncan Jones (czyli syn muzyka) na krześle reżysera, a w głównej roli Tilda Swinton lub Gillian Anderson. Ja tak to widzę.

Cate Blanchett portretująca Boba Dylana w I’m Not There. Tak, kobieta może zagrać mężczyznę i jeszcze zgarnąć za to nominację do Oscara.

Anna Jantar

Bo w Polsce też o mamy kim robić filmy biograficzne, a od czasu Skazanego na bluesa – poprawcie mnie, jeśli się mylę – żadna gwiazda muzyki się takowego nie doczekała (nie liczę seriali o Eugeniuszu Bodo i Annie German). Anna Jantar swoją legendę zbudowała już za życia – była gwiazdą, a jednocześnie niezwykle dostępną osobą, na te same pytania odpowiadała sprzecznie, a w jej tajemnicy do dziś zdumiewa to, że brak tam wielkich sensacji. Myślę, że warto przybliżyć legendę tej artystki na taśmie filmowej.

Rami Malek w roli Freddie Mercury’ego nie wypadł w moich oczach przekonująco, ale za charakteryzację należą się brawa.

Madonna

Bo po co ograniczać się wyłącznie do umarłych? Zwłaszcza że życiorys Królowej Pop – również ten przed startem wielkiej kariery – jest pełen barwnych elementów. Spontaniczny wyjazd do Nowego Jorku z trzydziestoma dolarami w kieszeni, nagie sesje zdjęciowe robione dla utrzymania się, dzieciństwo z pięciorgiem rodzeństwa z wychowaniem w katolickiej szkole. Pierwszy album w 1983 roku… a reszta to już historia. Tu również mamy materiału na więcej niż jeden film. W 2017 roku było sporo pogłosek na temat stworzenia takowego – jednak Królowa Pop nie dała mu swego błogosławieństwa. Ciekawe, kiedy się doczekamy.

Niech ktoś mi powie, przez kogo Polacy musieli czekać ponad dwa tygodnie od oficjalnej premiery, by zobaczyć Tarona Egertona jako Eltona Johna.

Britney Spears

Najpierw dzieciństwo u opresyjnych rodziców chcących na siłę zrobić z dziecka gwiazdę. Potem Klub Myszki Miki i błyskawiczna kariera z wizerunkiem lolitki. Wejście na szczyt list przebojów połączone z dorastaniem na oczach całego świata. Potem lata upadku psychicznego i triumfalny powrót na scenę. No proszę was, to już w zasadzie jest gotowy scenariusz! Co prawda, Księżniczka Pop doczekała się już takiego obrazu – zrealizowanego i pokazanego przez stację Lifetime, która chcąc zrobić biopic o Britney, potraktowała jej karierę bardzo szczątkowo.

Kiedy Jamie Foxx zagrał Ray’a Charlesa, to momentami naprawdę ciężko uwierzyć, że oglądamy film fabularny, a nie dokument

Richey Edwards

Gitarzysta brytyjskiego Manic Street Preachers wymeldował się z hotelu w Cardiff 1 lutego 1995 roku i ślad po nim zaginął. 13 lat później, po latach poszukiwań i śledztw został w końcu uznany za zmarłego. A kiedy mamy w tej chwili modę na seriale i filmy „true crime”, to historia Richey’a jest świetną inspiracją na kolejny obraz, w którym niekonieczne samo szukanie Edwardsa byłoby „głównym bohaterem”, a pretekstem do stworzenia i rozwinięcia ciekawych bohaterów filmowych.

Kolejny cud filmowej charakteryzacji – Jimi Hendrix w wykonaniu Andre Benajmina, muzyka Outkast.

Guns N Roses

Kolejny zespół, którego historia powstania, dosięgania szczytu i rozpadu jest gotowym scenariuszem, który aż prosi się by go nazwać „Paradise City”. Co najlepsze – nie skończyłby się happy-endem, co dodałoby mu więcej charakteru. Chociaż całkiem niedawno sam Slash o takowym pomyśle wypowiadał się sceptycznie.

Val Kilmer jako Jim Morrison. Podobno jego rola nie przypadła do gustu pozostałym członkom The Doors

Szczerze mówiąc, mógłbym tę listę jeszcze przeciągać w nieskończoność, bo historia muzyki popularnej stworzyła naprawdę sporo niezrealizowanych scenariuszy filmowych. Niestety, tu większy szkopuł jest w tym, że często brak w Hollywood odpowiednich ludzi, którzy potrafiliby te historie opowiedzieć językiem filmowym, tak byśmy oglądali coś bliżej I’m Not There niż Bohemian Rhapsody. Bo w ekranizowaniu życiorysów nie chodzi o przeniesienie 1:1 czyjejś biografii (czego, swoją drogą, film o Queen nie robił, bo jest w nim sporo nieścisłości względem historii zespołu), tylko o wykreowanie jej na nowo. Tak byśmy uwierzyli, że w historii Eltona Johna naprawdę ludzie dookoła niego tańczyli w rytm jego piosenek jak w rasowym musicalu. A tymczasem lećcie do kina na Rocketman, bo coś czuję że naprawdę warto.

Judy Garland w wykonaniu Renee Zellweger. Premiera w październiku.