6 godzin wkurzania się, czyli nominacje do Fryderyków 2021

Czasy, kiedy ogłoszenie nominacji do Fryderyków spotykają się z wielką ekscytacją i oczekiwaniem, chyba nieprędko nadejdą. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy kiedykolwiek one istniały. Impreza, która od dekady szuka co rok nowego pomysłu na siebie i na przyciągnięcie do siebie uwagi słuchaczy (i czasem też mediów) dzisiaj znowu próbowała to zrobić. Z efektem takim, że Fryderyki tylko podniosły mi ostro ciśnienie.

Pomysł na stopniowe i pojedyncze ogłaszanie nominacji na papierze brzmiał całkiem spoko. Jasne, że krótka konferencja prasowa z wyczytaniem nazwisk lub wysłanie noty prasowej do mediów załatwiłyby sprawę szybciej. Tym razem spróbowano podkręcać i stopniować zainteresowanie. A skończyło się tak, że po pięciu godzinach ciągłego odświeżania Facebboka i Instagrama Fryderyków cała branża – bo tylko ci najbardziej wytrwali siedzieli nad tym cały dzień – była już mocno zniecierpliwiona. Niemal godzinne przerwy pomiędzy ogłaszaniem kolejnych kategorii prezentowanych na głuchych slajdach, bez żadnych odpowiedzi i dodatkowych słów od organizatorów. Łącznie sześć godzin siedzenia by poznać 22 kategorie. To już całe Grammy, gdzie wręcza się 80 statuetek trwało znacznie krócej. Drogi ZPAVie, nie róbcie tego w ten sposób nigdy więcej.
Dobra, to dosyć nerwów, przejdźmy do tego, co tak całej polskiej branży muzycznej wyjęło niemal cały dzień z życia.

5 nominacji dla Sanah ani trochę nie zaskakuje, w końcu to ona w 2020 rządziła mainstreamowym popem i radiowymi playlistami. I szło to w parze z dobrą jakością tej muzyki. Rok temu miała już trzy nominacje, ale wtedy miała pecha stanąć w szranki z Hanią Rani i Darią Zawiałow. Więc dopiero musiał „polać się szampan”, by w tym roku mogła sięgnąć po więcej. I chyba może jej tu zagrozić tylko drugi rekordzista w nominacjach – Krzysztof Zalewski mający tyle samo i rywalizujący z Zuzą w trzech kategoriach. Cztery nominacje dla Lanberry mogą niektórych zdziwić, ale osoby ciut bardziej obeznane w polskim mainstreamie wiedzą, że ta wokalistka ma doświadczenie w pisaniu popowych hitów nie tylko dla siebie. Co prawda, jej ostatni album Co gryzie Panią L.? przeszedł bez większego echa, ale uznanie krytyków wystarczyło by dostać kilka nominacji – głównie tych songwriterskich.

Podział na pop i pop alternatywny dla wszystkich obserwujących Fryderyki z boku brzmi jak fikołek logiczny, ale jest w nim drobna metoda. Wszystko przez to, że polscy twórcy w końcu przestali się przejmować tym, że trzeba ich wcisnąć w jakąś szufladkę i po prostu grają co chcą. Stąd efekt taki, że zarówno Sanah jak i Rojka nazwiemy popem – ale stawianie ich obok siebie byłoby już kuriozalne. Tych z kategorii „zwykłego” pop szybciej usłyszymy w radiach komercyjnych. Bo mamy tam Zuzę Jabłońską, Lanberry, Marię Sadowską, Sanah i Natalię Kukulską (która – bądźmy szczerzy – z projektem interpretującym Chopina powinna trafić do działu Muzyki Poważnej) W popie alternatywnym mamy też same uznane nazwiska jak Rojek, Kasia Lins, Zalewski i Hania Rani. Ale to tylko te, które puści najwyżej Radio 357 czy Czwórka. Dlatego – póki co – ten podział jeszcze musi mieć rację bytu. Przynajmniej dopóki nie dorobimy się w Fryderykach kategorii „pop i dance”. Może by się kiedyś takowa przydała?

Kiedy się patrzy w tym roku na kategorie rock i metal, to cytat Grabaża z Twojej Generacji sam ciśnie się na usta. Edyta Bartosiewicz i Majka Jeżowska obok Luxtorpedy, tribute album Acid Drinkers oraz tylko 3 nominacje w kategorii metalowej. Aż struny opadają. I wcale nie to, że twórców ciężkiego grania brakuje w Polsce. Skądże znowu. Oni po prostu najczęściej się nie zgłaszają, a Akademia musi wybierać z tego co ma. Co kończy się wyglądem tegorocznej stawki, a także zeszłorocznym zwycięstwem Nocnego Kochanka w kategorii metal. Rock umarł, rock jest martwy, stary.

W zeszłym roku kategoria debiut była głównie pop-kobietą, w tym roku jest głównie raperem. Miły ATZ, Zdechły Osa, Mata (stawiam wszystkie pieniądze, że wygra), Sobel, a obok nich z zupełnie innej bajki Ptakova. I dobrze, bo hip-hop w Polsce to rynek, który jest potęgą, ale duże wytwórnie i rozgłośnie czasami zachowują się, jakby nie traktowały go poważnie. Może jak coraz więcej raperów zacznie zgarniać duże wyróżnienia, to coś się z tym zmieni. A ci na Fryderykach mogli zwykle liczyć tylko na statuetkę w kategorii Album Hip-Hop, czasami jeszcze za Teledysk. A skoro już przy rapie jesteśmy, to rzut okiem na tę kategorię i chyba wszyscy wiemy, że wygra Quebonafide. Chociażby za to, że za Bubbletea nie dostało się raperowi nic (a wiemy, że było zgłaszane np. do Utworu Roku). I nie oszukujmy się – ten album słyszeli w tym kraju wszyscy, a to ułatwia Akademii głosowanie.

Nie rozumiałem w 2019 wprowadzenia kategorii Najlepsze Nowe Wykonanie i nie rozumiem jej do teraz. Bo jaki jest sens nagradzania za odtwarzanie czyjejś pracy? Jasne, że do coverowania można podejść fascynująco i dobrym efektem. Ale obecnie jest to jakby kategoria do dawania Fryderyków dla Męskiego Grania i innych albumów kompilacyjnych. O których zwykle zapomina się po miesiącu czy dwóch.

Czy udało się kogoś umieścić w nieodopowiedniej kategorii? Oczywiście, że tak. Ale wystarczyły takie słowa klucz jak „alternatywa” czy „muzyka poetycka”. Coals, które prędzej pasowało do elektroniki czy nawet pop, Kwiatostan zespołu Błoto (który – według wytwórni – zgłaszał się w nominacjach jazzowych) czy Pink Freud, Igor Herbut, Voo Voo- trudno się pozbyć wrażenia, że te albumy są nie tam gdzie powinny gatunkowo. W szczególności Siksa w kategorii „muzyka poetycka”. Przecież zawsze można wymyślić nowy podział z mniejszą ilością twórców. Tak jak to się stało w przypadku kategorii Album Soul/R&B/Gospel. Tam trafiły się płyty o których można dużo mówić w tych gatunkach właśnie. Paulina Przybysz, Rosalie. i Bartek Królik dostali własną pasującą im półkę, bez potrzeby wciskania ich na siłę gdzie indziej. Ewentualnie możemy całkiem zrezygnować z gatunkowości i mieć nadzieję, że znowu wszystkiego nie zgarnie Podsiadło (to nie żart – sprawdźcie jak wyglądali nominowani i nagrodzeni w 2014).

Kategorie techniczne (Producent, Autor, Kompozytor) dają do myślenia, jak w Polsce podchodzi się do zawodu prodcenta/songwritera… albo jak ten fach wyglądał w 2020. O ile na Zachodzie takie nagrody przyznaje się ludziom pracującym dla wielkich nazwisk, tak w PL wciąż najczęściej „każdy sobie rzepkę skrobie”. Bo czy nominowani Zalewski, Hania Rani czy Sanah oddali swoje talenty songwriterskie czy producenckie komuś innemu? Pytanie retoryczne. Nie licząc Atutowego czy duetu Kumór/Buczkowski-Wojtaszek, tak w 2020 Akademia wyróżniła w tych kategoriach Zosie-Samosie. W sumie, to całkiem niezłe podsumowanie roku gdzie dominował dystans społeczny.

Na razie nie wiadomo kiedy i gdzie tegoroczne Fryderyki zostaną wręczone. Nie dziwi mnie to, zwłaszcza kiedy mamy lockdown za rogiem, a zeszłoroczna wielka gala musiała po pół roku czekania zamienić się w zwykłą konferencję transmitowaną on-line. Zostało nam tylko czekać i typować faworytów. I lobbować za rozdaniem latem na świeżym powietrzu.