Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Mar 17, 2017 | 0 comments

Czego oczekujecie od Depeche Mode?

Czego oczekujecie od Depeche Mode?


Moje zdanie przed przesłuchaniem Spirit:

Ja absolutnie rozumiem, że komuś mogło się nie spodobać Where’s The Revolution. Ale wyrokowanie, że Depeche Mode nagrało kiepski album i należy ich uznawać za skończony zespół, są zdecydowaną przesadą. Tak, takie opinie wydawano na podstawie jednego tylko singla. A powtarzają się one gdzieś od ponad dekady i wracają z każdym kolejnym nowym albumem Depeche Mode. Zresztą, nie tylko oni na to cierpią.

Krytyka i fani DM byli przychylni zespołowi gdzieś do dwóch dekad temu, kiedy wychodziła Ultra, do dziś uznawana za jedną z najlepszych w dyskografii Gahana i spółki. Kiedy w 2001 wyszedł Exciter i zespół obrał ciut inny kierunek, ludzkość zaczynała już smęcić – zwłaszcza kiedy do głośniejszej siły doszły internetowe blogi i rosnący w siłę Pitchfork (portal dał płycie ledwie 5/10). Gdyby nie singiel Freelove (notabene, w wersji wydanej na singlu z zupełnie innym mixem), album w zasadzie zostałby zapomniany.

W 2005 przy Playing The Angel sprawa miała się bardzo podobnie. Takie media jak NME i Rolling Stone były wobec krążka bardzo sceptyczne, Pitchfork dał siódemkę, ale zganił zespół za brak pomysłowości, a sprzedaż też zaczęła kuleć w porównaniu do Excitera. O ile następne Sounds of The Universe zapowiadało się całkiem nieźle (Wrong za pierwszym przesłuchaniem potrafiło naprawdę mocno wbić słuchacza w fotel) tak całość wypadła już raczej blado. Już mało kto ten album pamięta, recenzje też były mocno rozstrzelone w poglądach. Delta Machine za to na odwrót – bardziej niż główny singiel wszystkich jarał bardziej… jego b-side.

Podobny schemat zaczął się już od premiery Where’s The Revolution i oficjalnych zapowiedzi Spirit. Jestem skłonny stwierdzić, że nawet jest ostrzej. „Nie porywa, niby fajne, ale już dawno robili takie rzeczy” i komentarze o „recyklingu własnego moczu”. Poważnie? Zamiast się cieszyć zwyczajnie dobrym jakościowo kawałkiem (bo Where’s The Revolution jest takowym – nie wmówicie mi, że nie), przyjmujemy postawę oczekiwania złotych gór i drugiej Ultry albo co najmniej Violatora. Jakby naprawdę wam były potrzebne kolejne płyty odmieniające ludzkie życia i będące wielkimi manifestami poglądowymi (chociaż Spirit się zapowiada na takie, chociażby po okładce albumu i pierwszym teledysku).

Chyba każdy zespół ze stażem dłuższym niż 20 lat będzie na to cierpiał w obecnych czasach (całkiem niedawno przerabialiśmy to z Metalliką). Ludzkość chyba wymaga od Depeche Mode i innych legendarnych zespołów wynalezienia koła na nowo. Ale po co?
________________________

Moje zdanie po przesłuchaniu Spirit:

OK, mamy ten album. Jeśli ktoś był jednym z tych, którzy chcieli albumu redefiniującego współczesną muzykę i potwierdzający dawny geniusz Depeche Mode – może to tutaj usłyszy. Ale tylko może, bo sprawdzić musi już sam. Ja jestem w postawie słuchacza ciekawego, ale też oddanego i wymagającego fana. Wymagającego dobrych produkcji.

I na tym polu jestem zadowolony.

W warstwie tekstowej Depeche Mode zostało wywołane do tablicy chyba nie tyle co przez trochę zawiedzionych fanów, co przez… polityków (polecam artykuł Bartka Chacińskiego na ten temat). Na Spirit faktycznie mamy wzniecanie rewolucji poprzez nazywanie obecnej kondycji światowych rządów średniowieczem, załamywanie rąk że bardziej od logiki liczy się religia, wieszczenie katastrof. Będzie się o tej płycie dyskutowało w kontekście politycznym, to na pewno. Muzycznie niby nowości nie ma – Scum, które brzmi jak kontynuacja Barrel of a Gun, Going Backwards i Poorman są tym czym było Never Let Me Down Again, You Move to niezły mariaż nowoczesności ze stylistyką rodem z Break The Spell i świetnie rozkręcające się The Worst Crime oraz Cover Me. Zdecydowanie najsłabszymi momentami są chwile, kiedy do głosu dochodzi Martin Gore (przepraszam, ale nic nie poradzę, że dla mnie jego głos brzmi jak paznokcie na szkolnej tablicy). A sam album jako całość jest jak bajka z mocnym prologiem, ale nudnym epilogiem.

Wiecie czemu nie mam wiele do zarzucenia albumowi? Bo nie oczekiwałem od Depeche Mode stworzenia niczego więcej poza dobrze skrojonymi utworami. I na Spirit to dostałem. Bo po co miałem oczekiwać czegokolwiek więcej od zespołu, który już zrobił potężne dzieła? Niepotrzebne mi następne. Wystarczy dobra muzyka.