30 muzycznych przemyśleń na 30. urodziny

Ludzie podchodzący cynicznie do urodzin lubią mówić, że przeżycie kolejnego roku, kiedy najczęściej nie trzeba było się starać to żadna okazja do świętowania. Cóż, ciekawe czy w konsekwencji do ostatnich dwóch lat też to mówią. Ja natomiast jestem pewien, że mam co świętować. Bo doskonale pamiętam jak 10 lat temu nie byłem pewien czy tego dożyję. Przechodziłem wtedy jeden z wielu życiowych armagedonów i myśl o skończeniu 30 lat wydawała się odległą abstrakcją. Zresztą, nawet wtedy kiedy w moim życiu pojawiła się jako taka stabilizacja, to jakoś trudno było mi myśleć, że kiedyś powiem „mam 30 lat”.
Tylko, że to dzisiaj właśnie stało się prawdą.

Pewnie teraz zabrzmi to strasznie patetycznie, ale taka jest prawda: przez te ostatnie 10 lat to muzyka ratowała mi życie. Kiedy zostawałem sam w pustym mieszkaniu opuszczony przez ówczesnego chłopaka, to obok mnie były tylko moje płyty, których słuchanie oddalało rozważania o kolejnej ucieczce. Niedługo po zdiagnozowaniu HIV fanatycznie wręcz słuchałem Queen i świadomość tego, że Freddie do końca życia nagrywał i walczył, dawała mi siłę. Chodzenie po trójmiejskich lasach i kieleckich parkach ze słuchawkami na uszach były moimi sposobami na uciszenie myśli samobójczych. Zamiast rozmów z ludźmi wolałem scrollować internet w poszukiwaniu wiadomości muzycznych, by chociaż z tym być na bieżąco, bo w kontaktach międzyludzkich byłem koszmarny. I to wszystko mnie trzymało przy życiu.

Dlatego z okazji przeżycia 30 lat głównie dzięki muzyce, to mam dziś 30 muzycznych myśli. Takich bardziej życiowych oraz takich nie do końca poważnych. Ale wszystkich szczerych.

  1. Nie ma nic głupszego niż powiedzenie „nie podoba mi się to, ale słucham ironicznie”. Jeśli ci się to nie podoba, to po co tego słuchasz? Czy może wstydzisz się przyznać, że ci się to podoba?

2. Alegorycznie do powyższego – przestań się wstydzić, że coś ci się podoba, a określenie „guilty pleasure” wyrzuć do kosza. Nic w tym dziwnego czy wstydliwego, że jednego dnia lubisz sobie odpalić Kylie Minogue i Abbę, a potem konkursu Chopinowskiego. Albo nawet Young Leosię czy siostry Godlewskie.

3. Jasne, że ktoś może mieć zdanie na temat twojego gustu muzycznego i na podstawie tego cię oceniać. Kwestia tylko tego, jak bardzo cię to cudze zdanie obchodzi. Bo – uwaga – wcale nie musi.

4. Przestańmy pytać polskich wykonawców o chęć zrobienia kariery na Zachodzie. Niech najpierw zrobią tą porządną w Polsce, bo póki mamy tylko jednego Podsiadło wyprzedającego stadiony i Matę na samiutkim końcu listy Billboardu (która nie obejmowała sprzedaż w USA).

5. Jeśli Oliwka Brazil rapująca o cyckach, fiutach i seksie jest dla ciebie „prowokująca”, „przesadzona” i „wulgarna”, to mam nadzieję, że to samo mówisz o utworach Cardi B i Nicki Minaj bez zasłaniania się barierą językową.

6 Celine Dion umie śpiewać tylko po francusku. Natomiast po angielsku umie się tylko wydzierać i tak szarżować wokalem, że po czterech piosenkach się odechciewa.

7. Jak raz człowiek kupi słuchawki bezprzewodowe, to już nigdy nie chce kupować innych.

8. Każdy pierwszy piątek miesiąca spędzajcie na Bandcampie. Tam jest tyle perełek, że będziecie mieli słuchania do końca życia, a tego dnia całe zyski z zakupów trafiają do artystów w 100%. Profit dla wszystkich.

9. Ubliżanie osobom oglądającym Eurowizję, to ten sam poziom co komentarze boomersów w stylu „kiedyś to była prawdziwa muzyka jak Pink Floyd i Led Zeppelin, nie to co teraz”. Czyli żenujące.

10. Kupowanie winyli to najgorszy i najlepszy nałóg jaki możesz sobie zafundować.

11. Spring Break to najlepszy festiwal świata.

12. Praca w klubie organizującym koncerty i imprezy tematyczne brzmi fajnie tylko na papierze i w wspomnieniach. Chyba, że jesteście fanami zapierdolu do czwartej nad ranem i powracania tam raptem pięć godzin później.

13. Niech ci nie będzie wstyd, że jakiegoś artystę poznałeś i pokochałeś dopiero po jego śmierci. Bo to niestety, w erze starzejących się rockmanów i idoli z lat 70. będzie już to zjawiskiem powszechnym. Zamiast tego ciesz się, że masz wtedy dużo do odkrycia.

14. Hip-hop to nowy pop i nie mam tu na myśli brzmienia, a skalę i popularność. Nikt nie kręci takich wyników sprzedaży i liczb streamingowych co raperzy, a to że większość polskich rozgłośni je olewa, to wyłącznie ich ignorancja. Sam też dałem się na to złapać – idę wkrótce na koncert Quebonafide, a od paru dni słucham debiutu Szczyla.

15. Od 2008 roku cykl wydawniczy u Coldplay wygląda tak: niezła płyta – koszmarna płyta – niezła płyta – koszmarna płyta. I niestety, najnowsza Music Of The Spheres zalicza się do tych koszmarnych.

16. Ze wszystkich polskich talent-shows The Voice Of Poland dało ciała na całej linii. Zwycięzcy tego programu medialnie praktycznie nie istnieją, karierę robią tylko uczestnicy z dalszych miejsc (Natalia Nykiel czy Sarsa), a media robią nagłówki o jurorach chętniej niż uczestnikach.

17. Nie ma piękniej brzmiącego instrumentu niż lira korbowa. Poważnie.

fot. Anita Markus

18. Hot Space to jedna z najlepszych płyt Queen, nawet jeśli sam Brian May mówi coś zupełnie innego.

19. Zbieranie autografów i rozmowy z muzykami daje więcej frajdy niż robienie sobie z nimi selfiaków.

20. Przestań wartościować wykonawców po tym którzy z nich sami piszą/komponują utwory które śpiewają. Wielu artystów ma fantastyczny głos i charyzmę, ale nie pisze swoich piosenek – bo wolą to zlecić profesjonalistom. Na tym polega praca songwritera. I tu przypominam, że jedna z ikon polskiej muzyki, czyli Maryla Rodowicz, przez całą karierę nie napisała ani jednego własnego tekstu. Czy to ujmuje jej cokolwiek jako wykonawcy?

21. Jazz wcale nie jest muzyką dla intelektualistów i snobów. Jazz jest dla każdego. Posłuchajcie chociażby EABS czy Jazzpospolitej.

22. Na festiwalach najlepsza zabawa jest na trzeźwo i na czysto. Bo ciężko jest bawić się od południa do późnej nocy z procentami we krwi i pamiętać jak najwięcej.

23. Nigdy przenigdy nie dajcie sobie wmówić, że jak coś jest popowe, przebojowe, mainstreamowe i komercyjne to jest z gruntu złe i nie należy tego słuchać. Ja kiedyś w to wierzyłem i mnóstwo muzyki przez to traciłem, tylko po to by imponować nieważnym dziś ludziom.

24. Nic tak nie boli jak sprzedawanie płyt by mieć na życie.

25. Będąc na festiwalu wybierz się choć raz na artystę/zespół, o którym nic nie wiesz. Nigdy nie wiesz, czy to niedługo nie będzie twój nowy ulubieniec lub będziesz świadkiem narodzin przyszłej gwiazdy. Jak ja na koncercie Arlo Parks w Opolu, która dwa lata później wygrała Brit Awards i Mercury Prize.

26. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi co należy robić, kiedy nagle wasz idol zaczyna wygłaszać poglądy całkowicie sprzeczne z waszymi lub zostaje postawiony przed sądem z zarzutami o molestowanie seksualne. Bo nie wymażecie dobrych wspomnień z pamięci, nie uznacie nagle, że ta muzyka jest chujowa i nie zapomnicie tekstów na jeden raz. Mimo, że bardzo by się tego chciało.

27. Im dłuższe „stanie w internetowej kolejce” po bilety na koncert, tym radość z zakupu bardziej bezcenna. Nawet jeśli ten koncert to tak naprawdę będą hologramy (tak, jadę do Londynu na Abbę!).

28. Nie skreślaj wykonawcy po słabym debiucie i za każdym nowym albumem daj mu szansę. A nuż potem kupisz jego album na winylu (pozdrawiam Duę Lipę i Halsey).

29. Autor dobrych tekstów piosenek niekoniecznie będzie dobrym pisarzem beletrystyki czy felietonów. Nawet jeśli nazywa się Kasia Nosowska.

30. Jeśli Tina Turner swoje największe sukcesy komercyjne osiągnęła po 40-tce, a Cesaria Evora wydała swój debiut tuż przed 50tką, to ty nie daj sobie wmówić, że coś jest dla ciebie za późno.

I z tą ostatnią myślą trzymajcie się najmocniej!
I nie składajcie mi życzeń, tylko podeślijcie jakąś fajną piosenkę!

Young Leosia, czyli jak to jest być memem

Analizowanie zawartości muzycznej Hulanek i wystawianie ocen mija się z celem, bo sugeruje, że tutaj chodzi o muzykę. A dobrze wiemy, że wartością jest tu zupełnie co innego. Tu chodzi wyłącznie o bycie wiralem – czy nawet wręcz memem, którym autorka Szklanek się stała już na drugi dzień po premierze tego przeboju. I mam wrażenie, że Hulanki zostały tak nagrane i skomponowane, żeby tę memiczność Young Leosi utrzymać przy życiu.

Bo przecież Leosia zaczęła z zupełnie innego pułapu stylistycznego. Mało tego – jej kariera rapowa to efekt… coś jakby przypadku. Poznaliśmy ją po nominacji przez Żabsona w zeszłorocznym Hot16Challenge. Wtedy była tylko DJką. Debiutancki singiel Wyspy z sierpnia 2020 wyprodukowany przez Borucciego to całkiem przyjemny kawałek w stylu leniwego, romantycznego pop/r&b. Można naprawdę tego słuchać bez jakiejkolwiek żenady czy cringe’u. Niestety, tamta Young Leosia przeszła niemal bez echa. Piosenka na dziś ma zaledwie 2,7 miliona wyświetleń na YT, co przy Szklankach mających już 11 razy tyle oraz Jungle Girl z 14 milionami wygląda co najmniej żałośnie. I ten utwór wsadzony na tracklistę EPki pasuje tam stylistycznie jak pięść do nosa. Bo Hulanki to nic poza jazdą na memogennym patencie Szklanek.

Dobra, ale zacznę może od pozytywów. Bo produkcyjnie jest przyzwoicie – dancehall, reggaeton, club, trochę egzotyki i wpływów latino daje tu naprawdę niezłą imprezę. Oddałbym sporo za wersje instrumentalne, bo można z nimi samymi rozkręcić naprawdę porządną domówkę. Ale kiedy Leosia zaczyna otwierać usta, to nie wiem czy mam zacząć tańczyć w koszulce Beyoncé czy wzywać laryngologa.

Pal licho, że wieje tu monotonia i wszystko jest na jeden temat, nie wymagajmy od debiutantki zaangażowania społecznego. Ale kiedy dominują takie teksty pełne częstochowskich rymów jak „lay low, lej to, bo to już nie jest hip-hop”, „baila ella, cała sala tańczy to tu macarena”, „oddajcie lokale i hajs, nie cenzurujcie poety”, to pytanie, czemu nikt Leosi nie powiedział jak bardzo jest to infantylne, samo ciśnie się na klawiaturę. Nic poza memowym „stylem życia w stylu YOLO” i one-linerami napisanych pod śmieszne filmy na TikToku tu nie ma.

Jeszcze gorzej się robi, kiedy goście na albumie zwyczajnie obnażają warsztatowe braki Leosi, która momentami jakby gubiła końcówki wyrazów lub miała kompletnie nieskładny flow, który leci zupełnie obok linii melodycznej. Jungle Girl jest tego podręcznikowym przykładem, bo kiedy wchodzi Żabson nagle ten kawałek robi się znacznie bardziej słuchalny. Leosia równie blado wypada przy Oliwce Brazil, która w porównaniu do różowowłosej aż kipi energią i wyrazistością.

Pytanie brzmi, czy jednak tego nie należało właśnie oczekiwać od Hulanek? W końcu jak nieco romantyczne oblicze na Wyspach nie wypaliło, a dopiero „popijanie Bacardi w klubie ze szklanki” zapewniło wokalistce rozpoznawalność, to można było się spodziewać, że podopieczna Żabsona pójdzie za ciosem i nagra więcej takich memicznych kawałków. Tę kwestię pozostawiam bez odpowiedzi, nie wystawiam temu materiałowi żadnej oceny… i trzymam kciuki, by Young Leosia w przyszłości pokazała, że rapowo stać ją na coś więcej niż teksty do umieszczenia na Stronnictwie Popularów.

Pol’and’Rock Festival 2021 – dzień trzeci

Nienawidzę tego dnia każdego roku. Dnia, który z każdą kolejną godziną i każdym kolejnym koncertem uświadamia mi, że to już koniec. Że trzeba łapać jak najwięcej tych chwil, bo kolejne dopiero za rok. I starałem się łapać jak najwięcej… na ile pozwalał mi organizm i wory pod oczami.

A dopiero pod sam wieczór udało mi się znaleźć czas i siłę. Mieliśmy z partnerem ambitne plany, by wyjechać jak najszybciej po zakończeniu – zatem całe popołudnie spędziliśmy na pakowaniu się i składaniu namiotu. Udało się całkiem nieźle, dzięki czemu byliśmy gotowi do szybkiego wyjazdu… ale dobra – może najpierw o tych ostatnich wrażeniach koncertowych. Których za wiele nie było.

Hańba!

Kiedy o 19 na scenę wszedł krakowski zespół Hańba! grający punk-rock z elementami muzyki klezmerskiej (tak, są takie zespoły w tym kraju), pod sceną migiem zrobiło się skocznie, wesoło oraz… politycznie. I bynajmniej chodzi tu o okrzyki spod znaku „ośmiu gwiazdek” – była mowa o Białorusi, bo pojawili się aktywiści z kraju naszego sąsiada, przeciwni rządom Łukaszenki. Rozłożono wielką białoruską flagę i skandowano hasła o wolności dla tego kraju. A sama muzyka Hańby mocno do tego zachęcała. Co się okazało też idealnym momentem do późniejszego wygłoszenia festiwalowej przysięgi. Uczestnicy przynieśli flagi, Pokojowy Patrol rozdał słoneczniki wśród tłumu i wreszcie padły słowa o szanowaniu „tego kawałka ziemi” i „domie w którym panuje miłość, tolerancja i przyjaźń”. Przyznam szczerze, trochę się popłakałem.

Pidżama Porno

A potem nadeszły dwa niezwykle wyczekiwane koncerty – Pidżama Porno oraz Kasia Kowalska. Oba na swój sposób porywające, oba pełne ognia i czadu, oba obejrzane tłumnie. Kolejne dwa różniły się frekwencją znacznie – co nie dziwi, bo pojawili się zagraniczni artyści, niespecjalnie znani w naszym kraju. Zaczęła Morgane Ji – łącząca w swojej muzyce rock, etno, blues i folk, wraz z nieco chropowatym, bardzo charakterystycznym głosem, który przypominał mi nieco Tinę Turner i Lauryn Hill. I była to muzyka pełna energii i pasji. Artystka dała z siebie wszystko i uwodziła publiczność próbując mówić po polsku (wychodziło jej całkiem nieźle). Z dziką ochotą zobaczyłbym ją w wydaniu klubowym lub na jakimś bardziej kameralnym festiwalu (np. gdyńska Globaltica wydaje się dla niej idealna). Potem atmosfera skręciła w zupełnie innym kierunku, kiedy pojawili się metalowcy z francuskiego Slift. I tutaj momentalnie odjęło mi mowę. W trakcie stałem jak wryty, że wręcz zapomniałem zrobić choćby jednego zdjęcia. Po prostu wow. Monstrualne riffy i solówki gitarowe wgniatały w ziemię.

Morgane Ju

Zbliżała się godzina pierwsza. Pora się było pożegnać. Piotr Bukartyk i uczestnicy jego warsztatów weszli na scenę. Piotr zaczął od kilku własnych piosenek zagranych solo, ale wszyscy zgromadzeni pod sceną czekali tylko na tę ostatnią, wykonaną razem z uczestnikami. Z tylu chmur stało się już swoistym hymnem dla Pol’and’Rock Festivalu i już nikt nie wyobraża sobie innego końca jak tylko z chóralnym śpiewaniem „Jedno nad nami niebo – każdy co innego widzi w nim” oraz Jurkiem, który z roku na rok coraz bardziej emocjonalnie się żegna. W tym roku jednak znacznie bardziej wdzięczny dla wszystkich zaangażowanych w festiwal – łącznie ze służbami porządkowymi i władzami gminy Płoty, oraz dla wszystkich uczestników. Bo oto w tym roku udało się dokonać czegoś, co jeszcze w marcu wydawało się tylko chłodnym marzeniem. Zrobiono prawdziwy festiwal na wielką skalę. Festiwal pełen radości, życzliwości i dobrej muzyki. W środku globalnej pandemii. Fundacja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz Pol’and’Rock Festival udowadniają nam po raz kolejny, że dla nich niemożliwe nie istnieje.