Czy jest życie po Eurowizji? – Måneskin „RUSH!”

Ponad 60-letnia historia Konkursu Piosenki Eurowizji udowodniła aż za wiele razy, że zwycięstwo w tym naprawdę popularnym plebiscycie (ostatni konkurs oglądało ponad 161 milionów widzów) nie daje gwarancji na wielką karierę, o ile nie weźmiesz się potem do intensywnej i ciężkiej pracy. Co prawda, triumfatorzy konkursu z 2021 nie zasypiali gruszek w popiele, bo nieustannie grali koncerty (na ile pozwoliły warunki pandemiczne) i brylowali w mediach, tak tempo i jakość wypuszczania nowego materiału już dawały powody do niepokoju. Wystarczy wspomnieć, że po roku od wygranej włoska kapela wydała tylko dwa nowe kawałki. Minęło już półtora roku, wreszcie ukazuje się RUSH!, które jest dla Måneskin kolejnym po amsterdamskim zwycięstwie wielkim sprawdzianem pt. „czy jest życie po Eurowizji?”

Pierwsze co mnie uderzyło po przesłuchaniu RUSH!, to jaki ten album jest… monotonny. Aż 17 kawałków (w dobie streamingu taki chwyt to rynkowe samobójstwo), średnio każdy trwa 3 i pół minuty, a dzieje się tam bardzo niewiele. Ostre gitary, mocna perkusja, wydzierający się wokalista – mamy tu wszystkie części składowe, które pozwalają te kawałki wrzucić w encyklopedię pod hasło „muzyka rockowa”. Zwrotka-refren-zwrotka-refren-solówka i do domu. I tak przez niemal całą godzinę albumu. Mimo tych ostrych riffów, to Måneskin w swym podejściu kompozycyjnym wręcz zanudzają.

Rozumiem, że kapela chce na swój sposób składać hołd tradycjom rockowym – w końcu z takim samym przesłaniem też pojechali na Eurowizję. I ja to szanuję, ale do cholery, nie można robić rocka cały czas na tych samych riffach i patentach. Serio, takie Bla Bla Bla czy Mammamia od hitu I Wanna Be Your Slave różnią się zaledwie tekstem, a La Fine przez połowę brzmi jak wersja demo eurowizyjnego Zitti E Buoni. Own My Mind i Don’t Wanna Sleep też niewiele od siebie różni – nieważne czy słucha się po raz pierwszy czy dziesiąty. Takich przykładów autoplagiatów i tych samych inspiracji można mnożyć przez cały czas słuchania albumu.

Måneskin chyba sami nie wiedzą czy robić się na zbawców rocka (zupełnie jakby ten gatunek tego potrzebował) i walić zeppelinowskimi riffami (które na upartego można usłyszeć w Timezone czy Mark Chapman) czy prostymi akordami robić rozbieraną imprezkę. I trzeba przyznać, że jako to drugie potrafi sprawdzić się przyzwoicie, bo w takim prostym graniu jest największy potencjał koncertowy. Pytanie, które trzeba sobie tu postawić – na czym temu zespołowi powinno zależeć? Na muzyce i jakości czy trzaskaniu generycznych przebojów? O to już należałoby zapytać ich samych.

To wszystko powyżej jeszcze mocniej mnie uderzyło, kiedy w międzyczasie przypomniałem sobie poprzedni album Włochów, Teatro d’Ira z 2021, wydany jeszcze przed wygraną na Eurowizji. I tam już w pierwszych dwóch kawałkach dzieje się więcej niż na pierwszej połowie RUSH!. Mało tego – Teatro d’Ira trwa raptem 30 minut i bardziej angażuje słuchacza niż niecała godzina spędzona z jego następcą. Czemu? Bo jest tam znacznie więcej pomysłów na kompozycje niż „3 akordy + darcie mordy”.

Jest jedna rzecz, która rzuca się nie tylko tym najwytrwalszym fanom Maneskin rzuca się uszy, a jest to głos Damiano, kiedy śpiewa po angielsku. Jest on tak beznamiętny, że aż boli. Więcej tu skandowania i wykrzykiwania pojedynczych fraz i prostych rymowanek niż jakiejkolwiek ekspresji. Na całym albumie są tylko 3 utwory śpiewane po włosku i przy zestawieniu ich z pozostałymi ma się wrażenie, że wykonuje je zupełnie inna osoba.

Żeby nie było, że tylko narzekam, to z tego zestawu udało mi się wyłuskać kilka wyjątków. Od razu chwyciło mnie Gasoline przykuwające basem i wręcz hitchcockową atmosferą, w której napięcie ciągle rośnie i ani myśli opaść. Kolejnym oddechem jest If Not For You, które niby jest banalnym wyciskaczem łez ze smyczkami w tle, ale na tle całego albumu jest jak balsam na uszy zmęczone nudną kanonadą. Podobnie działa finalne The Loneliest. Cała reszta RUSH! brzmi jak nagrana na autopilocie z bylejakim tekstem i przelatuje tak że z trudem się idzie zorientować kiedy jeden utwór się zaczyna i kiedy zaczyna następny.

Mimo, że niedługo miną dwa lata od ich triumfu na Eurowizji, to jeszcze przez wiele miesięcy zdawało się, że kariera światowa jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. I ona już jest w ich łapach. Ale każdy wie, że wejść na szczyt jest łatwiej niż się na nim utrzymać. Jeśli Måneskin zamierza to robić tylko takimi chwytami jakimi dysponuje na RUSH!, to długiego życia po Eurowizji nie będzie.

Najlepsze zagraniczne albumy 2022

Było kilka takich redakcji, które robiły podsumowania roku już na początku grudnia. Najwidoczniej przypadki Beyonce z 2013, D’Angelo z 2014, Nine Inch Nails z 2016 oraz Taylor Swift z 2020 wciąż nie nauczyły dziennikarzy, że rok kończy się dopiero 31 grudnia, a nie w listopadzie. A w 2022 roku dwie artystki wydały albumy w grudniu niemalże po tygodniu zapowiedzi. Zatem warto zawsze czekać do końca roku. No to proszę bardzo – moje najlepsze zagraniczne albumy 2022.
Kolejność absolutnie losowa i bez znaczenia.

FKA Twigs – Caprisongs

Kiedy ten mixtape (bo sama zainteresowana tak go właśnie nazywa) wyszedł na samym początku roku, nikt nie miał wątpliwości, że znajdzie się we wszystkich podsumowaniach 2022. Jest to przełomowe wydawnictwo dla samej FKA Twigs, która nagle postanowiła podbijać parkiety. Caprisongs to projekt mówiący „jest przejebane i wytańcz to” (materiał w dużej mierze powstawał podczas pandemii). Poprzednie albumy artystki były bardziej dziełami koncepcyjnymi, opowiadającymi inspirujące historie (zwłaszcza Magdalene, gdzie inspiracją dla FKA Twigs była postać biblijnej Marii Magdaleny). Caprisongs to przypomnienie, że muzyka to przede wszystkim rozrywka. I co najlepsze – dalej słychać, że to ta sama artystka, tylko z tym razem znacznie pewniejsza siebie, kładąca nacisk na nowe akcenty swojej twórczości. I ja to kupuję w całości.

Stromae – Multitude

Nawet jeśli z not prasowych i tłumaczeń tekstów wyłania się z tego albumu obraz cierpień głównego bohatera, problematycznych historii i pochwała dla tych którym nie dane jest świętować co weekend, to i tak jest to dla mnie Multitude jest tętniące… optymizmem. Może to dzięki warstwie instrumentalnej, w której Stromae nieco odstawił elektronikę na rzecz mocniej wybrzmiewających instrumentów i stworzeniu z nich niesamowicie porywających kawałków. Taniec z łzami w oczach? Trochę tak. A dla mnie personalnie mocny eskapizm – Mutlitude ukazało się ledwo tydzień po starcie wojny w Ukrainie i słuchanie tego albumu ratowało mi głowę. Tak jak muzyka uratowała Stromae życie.

Charli XCX – Crash

Artyści nagrywający ostatnie albumy w ramach kontraktów ze znienawidzonymi wytwórniami mają często tendencję do olewactwa na zasadzie „nagrać, wydać i mieć wreszcie święty spokój”. Ona zrobiła coś znacznie lepszego. Charli XCX pożegnała się z Atlantic Records swoim najlepszym albumem z kategorii „pop” i samym konceptem jeszcze im zagrała na nosie. Muzycznie podsumowała całą swoją muzyczną drogę, którą przeszła jako niepokorna gwiazda pop – samplowanie hitów z dawnych lat, inspiracje eurodance czy funkiem, gęsto sączące się basy i synthy. A tekstowo aż roi się od smaczków, które można interpretować jak opowieść o złamanym sercu, jak i o artystce użerającą się ze swoim labelem. Charli, dobra robota. Oby na nowym rozdaniu szło ci jeszcze lepiej.

Kilo Kish – AMERICAN GURL

Album, który podrzucił mi Paweł Opydo, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny. Ta amerykańska artystka zgrabnie krytykuje konsumpcjonizm w w rytmach nafaszerowanego syntezatorami popu, do tego wrzuca z wdziękiem trapowe bity, handclapy, a nawet dźwięki kojarzącymi się z retro-gamingiem (dużo tu 8-bitowych smaczków). Jeśli lubicie brzmienia spod znaku wczesnej M.I.A., Santigold czy Grimes – to Kilo Kish będziecie również zachwyceni. Niech jakaś gwiazda pop ją weźmie na support i pokaże całemu światu, błagam.

Wet Leg – Wet Leg

Jeden z najgorętszych debiutów 2022 roku. Rhian Teasdale i Hester Chambers oddały hołd tradycjom britpopu, indie i pop-punkowi. Album Wet Leg mimo szufladki „alternatywa” zaskakuje popową chwytliwością, uszczypliwymi i ironicznymi tekstami (osobiście przypominają mi wczesną Lily Allen) oraz dużą ilością gatunkowych zabaw. Skutek? Pierwsze miejsce brytyskiej listy sprzedaży, nominacja do Mercury Prize, 4 nominacje do Grammy, a w tym roku jadą w trasę z samym Harrym Stylesem (wpadną też do Polski, zagrają z nim na Narodowym). Wet Leg lada moment mogą zostać wielkimi gwiazdami alternatywy. Miejcie je na oku.

Beyonce – Renaissance

Są serwisy, które już pod koniec listopada okrzyknęły Renaissance albumem roku i dziełem niemal doskonałym. Ja jestem daleki od tak entuzjastycznych okrzyków, ale nie zaprzeczę że jest to rzecz w swoim gatunku naprawdę świetna. Fakt, nie jest tak łatwa w odbiorze jak poprzedniczki i tak przełomowa jak Lemonade… wróć! – jest przełomowa w dyskografii samej Beyonce. Bo oto wreszcie królowa odpuściła i zwyczajnie dała nam przestrzeń do tańca i eskapizmu, zamiast kolejnego ambitnego, wielowymiarowego projektu (vide muzyka do Króla Lwa czy wcześniejsze visual-albumy). Bey wskoczyła w ballroom, lata 70, kulturę vogue’ingu, house i muzykę klubową, dokładając do tego bezskrępowane śpiewanie o hedonizmie. Tak, jest to zdecydowanie „odrodzenie” Beyonce. A jeśli to faktycznie dopiero „Act I”, to już nie mogę się doczekać co będzie dalej.

Warpaint – Radiate Like This

Warpaint od Haim różni zasadniczo tylko to, że te drugie sprawiają wrażenie bardziej przebojowych i skłonniejszych do trzaskania bangerów. Bo jestem bardziej niż pewien, że dziewczyny z Warpaint też by umiały robić radiowe hity. Czemu tak twierdzę, skoro Radiate Like This to głównie senna, leniwa wręcz atmosfera? Bo wybija z tej płyty potencjał. Niemal w każdej chwili mamy wrażenie, że zaraz walnie mocniejsza stopa, że wokal wybije się mocniej, że dostaniemy dłuższą solówkę… tymczasem tak się nie dzieje, a mimo tego nasza uwaga ani trochę nie opada. Chce się słuchać dalej. Posłuchajcie, a zrozumiecie co mam na myśli.

Parov Stelar – Moonlight Love Affair

Niekwestionowany król electro-swingu dał mi swoim ostatnim albumem eskapizm, jaki bardzo był mi wtedy potrzebny. Stelar perfekcyjnie miesza tradycyjne brzmienia jazzowe, rockabilly, swingowe z elektroniką i wszelakimi samplami, by pozwolić nam tańczyć w tych niesłychanie trudnych czasach. I tylko do tego jest ten album, ale jak bardzo tego wszyscy potrzebujemy, to niech każdy odpowie sobie sam. Kiedy Moonlight Love Affair wyszło pod koniec kwietnia, wojna za naszą granicą wciąż była dominującym tematem. Ten album pozwalał mi od tego wszystkiego uciec i chcieć wytrwać przy życiu. I za to jestem Stelarowi wdzięczny.

Florence + The Machine – Dance Fever

Powinna powstać na Wikipedii kategoria „album naznaczony pandemią” albo książka będąca zbiorem takowych. Najnowszy album Florence + The Machine jest jednym z nich i – według słów samej zainteresowanej – odznacza się jej tęsknotą za tańcem, koncertami i ludźmi. Cóż, dla mnie ten album to bardziej „dance macabre” niżli gorączka tańca, bo klimat bardziej przypomina oddanie się diabłu niżli parkietowi. Innymi słowy – mamy tu nic innego poza Florence w pełnej krasie. Produkcja i warsta instrumentalna pełna przepychu, chóry, artystka co rusz pokazująca jak głębokie ma płuca (albo ma ich więcej niż zwykli śmiertelnicy). Kupiłem ją taką w całości kiedy debiutowała i dalej ją taką biorę w całości.

Tove Lo – Dirt Femme

Kocham tę laskę odkąd debiutowała i patrzyłem jak z roku na rok rośnie jej fandom. Na początku jej kariery z trudem w warszawskiej Stodole uzbierało się pół klubu, a w 2022 wypełniła szczelnie Tent Stage Open’era i wyprzedała prawie całą trasę (w tym również w Warszawie). Po nowym albumie wydanym własnym sumptem spodziewałem się popowych bangerów i na Dirt Femme dostałem ich pełno. Tove po raz kolejny w przebojowych dance-popowych rytmach opowiada historie kobiecej siły oraz własnego hedonizmu. To płyta stworzona do podbijania parkietów i darkroomów. W każdym z tych aspektów sprawdza się idealnie.

Harry Styles – Harry’s House

Najmłodszy członek One Direction solowo zaczął od klimatów Beatlesowskich, by na Harry’s House skończyć na poptymizmie. I w sumie, chwała mu za to. Dom Stylesa jest przytulny, słońce zalotnie wpada przez półprzeźroczyste zasłony, nikt nas tam nie skrzywdzi… może poza samym Stylesem, który nie chce nam opowiadać samych wesołych historyjek (słuchajcie się w teksty Grapefruit, Matilda, Boyfriends, a nawet hitu As It Was). Jednocześnie zaglądamy młodemu artyście do głowy, ale też czujemy się jak u niego na kanapie z sokiem pomarańczowym w dłoni i gadamy o niczym. Nie wiem czy jest jakieś muzyczne określenie na „comfort food”, ale jego definicją jest ta płyta.

Domi & JD Beck – NOT TiGHT

22-letnia Francuzka i 18-letni Amerykanin nagrywają najlepszy album jazzowy roku. Brzmi absurdalnie? To dołóżcie do tego fakt, że dopiero debiutują i to ze wsparciem Thundercata, Snoop Dogga, Busta Rhymesa i Andersoona Paaka. NOT TiGHT to porywający, nowoczesny jazz gdzie wirtuozerskie popisy młodych muzyków niczym nie ustępują nawijkom gości, a nawet bez nich są w stanie skupić waszą uwagę. Nawet jeśli to aż 45 minut muzyki. Jak ktoś wam powie, że „jazz to muzyka dla snobów”, to zaśmiejcie mu się w twarz i odpalcie jakikolwiek numer z NOT TiGHT

Rammstein – Zeit

Rammstein jaki jest, każdy słyszy. O ile poprzedni album (poprzedzony dekadą oczekiwania, co warto zaznaczyć) mocno podzielił krytykę i fanów, przez nieco inne podejście do grania, tak na pierwszy rzut ucha Zeit jest powrotem do starych patentów. Ale im dłużej się słucha tej płyty, tym mocniej słyszy się, że formuła sprzed trzech lat po prostu została dopracowana pod starego Rammsteina. Z kolei Till Lindemann dalej potrafi przekonująco śpiewać o toksycznej męskości i kondycji współczesnego świata na krawędzi rozpadu, by zaraz potem bez krępacji nawijać o operacjach plastycznych, dupie i cyckach. Zeit to definicja dobrze naoliwionej maszyny jaką jest Rammstein. Tyle i aż tyle wystarczy. Nie mogę się doczekać, aż w sierpniu usłyszę tę maszynę na żywo.

Jessie Reyez – YESSIE

Jej poprzedni Before Love Came To Kill Us znalazł się u mnie w gronie najlepszych 2020, więc na następcę miałem wysoko postawioną poprzeczkę. Ale będę szczery – myślę, że bez względu na wszystko spokojnie by ją przeskoczyła. Bo wystarczy że zacznie śpiewać i już jestem kupiony. W głosie mojej rówieśniczki jest cały przekrój emocji, niezależnie czy wyciąga góry przy balladach czy zaczyna od melorecytacji. A nad podkładami unosi się duch Niny Simone czy Amy Winehouse, lub widzi się wręcz Erykah Badu siedzącą obok Reyez i mówiącą jej „dobra robota, oby tak dalej, dziewczyno”.

Gogol Bordello – Solidartine

Album który brzmi tak jak należało się tego spodziewać po międzykulturowej kapeli, której lider urodził się w Ukrainie. Jest klasyczny dla Gogol Bordello mariaż kultur wschodu i zachodu, przebojowość punkowa z folkową wrażliwością, a tu motywem przewodnim jest nawoływanie do walki z oprawcą. Jebać Putina, niech żyje wolna Ukraina. Tu nie ma co więcej pisać, tu teksty i muzyka mówią same za siebie.

Taylor Swift – Midnights

Jestem fanem tej laski i nawet tego nie ukrywam. I rozumiem tych, którzy się od tego albumu odbili, bo powrót do klasycznego popu po Folklore i Evermore mógł zabrzmieć jak zdrada ideałów. Ja ze swoim wieloletnim podejściem do Swift, przyjąłem ten powrót w całości. Nawet jeśli muzycznie co chwila słyszę jakiś recykling starszych płyt (niewątpliwie w tym zasługa Jacka Antonoffa), to główną siłą są tutaj teksty. Taylor chce się pokazywać przede wszystkim jako songwriterka – albo wręcz narratorka wszelakich historii. Zdrady i miłości, przyjaciele i wrogowie, wzloty i upadki, cudze jak i własne. Z tego właśnie składa się Midnights i właśnie te historie są siłą tego albumu.

Carly Rae Jepsen – The Loneliest Time

Jeśli do dziś znacie ją tylko z Call Me Maybe, to wam cholernie współczuję. Bo ominął was kawał przebojowego popu. The Loneliest Time wzorem poprzednich albumów CRJ pokazuje jej olbrzymi potencjał w tworzeniu mocnych refrenów i przy tym bierze ze złotej epoki disco to co najciekawsze i filtruje to na nowoczesną modłę. Carly z jednej strony potrafi lecieć na pełnej „future nostalgii” (skojarzenia z Dua Lipą przychodzą same wielokrotnie), by potem wpuścić nas w maliny i lecieć w nu-popowy romantyzm. Gdyby ta płyta nie ukazała się tego dnia co Midnights Taylor Swift, to miałaby zapewnioną jedynkę na Billboardzie.

Little Simz – NO THANK YOU

Były dwa powody, dla których to podsumowanie czekało aż do prawdziwego końca roku. Pierwszym z nich była SZA (niestety, w porównaniu do debiutu bardzo przeciętna), drugim właśnie Little Simz. Po takim dziele jakim było Sometimes I Might Be Introvert, to poprzeczka wisiała naprawdę wysoko. Ale autorka nie zdawała się aspirować do jej przeskoczenia. Zamiast tego, po raz kolejny zwyczajnie postawiła na opowiadanie historii o sobie samej i swej olbrzymiej nagłej popularności. Co prawda, znowu mamy tu orkiestrowe aranżacje i długie, zawiłe historie – Little Simz rapuje z taką lekkością, że kompletnie się nie czuje tego czasu – ale NO THANK YOU powala lekkością i zwiewnością. Trzeci co najmniej bardzo dobry album z rzędu? Mało komu się udaje taka sztuka, co udowadnia z jak fantastyczną artystką mamy do czynienia.

Najlepsze polskie albumy 2022

Albo w minionym roku słuchałem mało polskiej muzyki, albo z wiekiem coraz trudniej mi dogodzić, bowiem żeby to podsumowanie najlepszych polskich albumów 2022 miało więcej niż 6 pozycji (serio, tylko tyle tu było!), musiałem poprosić na twitterze o pomoc w złożeniu tego zestawienia. Na szczęście, moi obserwujący i znajomi okazali się bardziej obeznani, dzięki czemu odzyskałem wiarę, że nasi wykonawcy w 2022 nie zasypiali gruszek w popiele. Gryzłem tez się z myślami, czy EPki – jak tak traktuję pozycje trwające mniej niż pół godziny – też powinny trafić do tego zestawienia. I ostatecznie są, ale dostały osobną półkę. Kolejność absolutnie losowa, oto moje najlepsze polskie albumy 2022!

1988 – Ruleta

Nie słuchałem nigdy Synów, nie znałem żadnych wcześniejszych produkcji Przemka Jankowiaka. Ale jak w 2021 wypuścił Bajkał z Margaret i Kachą Kowalczyk na wokalu, a rok później zapowiedział album pełen gości z różnych półek (Zdechły Osa, Szczyl, Rosalie., Tymek…), to już czekałem jak na Gwiazdkę. Dostałem album gdzie wygrywa mrok, niepokój i mocny bas, gdzie każdy z gości wie doskonale po co tam przyszedł i o czym nawinąć (lub wyśpiewać). W płytach producenckich często zachodzi obawa, że wyjdzie z tego coś w rodzaju kiepskiego klasera, byle tylko uzbierać najwięcej nazwisk do swojego CV. Tu tego nie ma. Ruleta to spójny, jednolity koncept, nawet mimo tak licznej zbieraniny i niecałej godziny trwania. Nikt się tu nie wychyla poza ogólne emploi albumu, wszyscy wiedzą, że to 1988 ma być „główną gwiazdą”. Pozostali są tu tylko swoistym narzędziem – lub wprowadzeniem w ten klimat murowanej piwnicy, gdzie mrok wręcz wyziewa ze słuchawek. Dlatego też jest to tak genialna płyta.

Ofelia – 8

W idealnym świecie ten album byłby dla jej autorki takim przełomem jak Granda dla Brodki, a polskie radiostacje grałyby na okrągło single z tej płyty. Ale żyjemy w nieidealnym, dlatego tylko ci którzy odpalili 8 przekonali się o ewolucji Igi Krefft. Artystka muzycznie porusza się po meandrach nowoczesnego disco (skojarzenia z Kylie czy Roisin nasuwają się same), synthy i basy ścielą się gęsto, a sama Ofelia prezentuje nam w tekstach kilka różnych wersji „samej siebie” – wkurzonej, zakochanej, łagodnej, gniewnej, zbuntowanej, poszukującej. Raz wręcz wykrzyczy nam swoją agresję, potem przejdzie w melorecytację, by na finał nam po prostu zaśpiewać. I to wszystko niezawodnie tu działa. Serio, to jest dopiero wysoka klasa polskiego popu. Chapeau bas!

EABS – 2061

Na pytanie „czy ten zespół kiedykolwiek mnie zawódł”, zmuszony jestem odpowiedzieć przecząco. Od 2019 każdy album EABS trafiał do mnie do podsumowań roku, bo w kategorii jazzu nowoczesnego jest to jeden z najlepszych zespołów w naszym kraju. Tak jak poprzedni album zespołu był jak soundtrack potencjalnej apokalipsy (był wydany w 2020 i chyba to miało z tym coś wspólnego), tak 2061 to brzmienie świata rodzącego się na nowo po tamtej apokalipsie. Tak to ujmę. I pozwólcie, że na tym zakończę, bo ciężko mi pisać o muzyce instrumentalnej. Po prostu idźcie posłuchać.

Jakub Skorupa – Zeszyt pierwszy

Tyle osób mi polecało tego debiutanta z Def Jamu, że nie mogłem pozostać na to obojętny. Odpaliłem i poczułem się jak na spotkaniu z kolegą z podstawówki. Obaj jesteśmy rozczarowani dorosłością, oszukały nas bajki o transformacji i życiu jak z Europy, ugrzęźliśmy w korpo, a lata dojrzewania były koszmarem gdzie jedyne co nas ratowało to bunt i muzyka (refren z Pamiętnika z okresu dojrzewania aż bym sobie wytatuował na łopatce). A muzycznie mamy tu przyzwoity alt-pop z żywymi instrumentami, do których Jakub niby śpiewa, a trochę jakby rapuje (chociaż bardziej pasuje tu określenie „melorecytacja”). Zeszyt pierwszy to obowiązkowa pozycja dla wszystkich z pokolenia autora. Na 99% odnajdziecie tu samych siebie.

Izzy & The Black Trees – Revolution Comes In Waves

Nienawidzę pisać o polskich muzykach czegokolwiek w stylu „brzmienie jak nie z Polski”, więc bezpieczniej będzie tu napisać, że w naszym kraju chyba nikt nie brzmi tak jak Izzy & The Black Trees. Poznańska kapela oddaje hołd klasycznemu punkowi, wrzucając do tego shoegaze’owe i nowofalowe inspiracje. Skojarzenia z Blondie, Rage Against The Machine czy PJ Harvey przychodzą same. A z wokalu Izy Rekowskiej aż kipi szczerością. W warstwie tekstowej ten album jest niczym głos na barykadach wołający do buntu (wsłuchajcie się w teksty I Can’t Breathe czy National Tragedy), co zresztą mówi już sam tytuł. Prywatnie jest to dla mnie największe zaskoczenie muzyczne roku, bo poprzedni (debiutancki) album grupy nie zachęcał do dalszego kibicowania zespołowi. Aż tu w 2022 wyszło Revolution Comes In Waves i można Izzy and The Black Trees spokojnie obwołać nadzieją krajowego rocka. I nie będzie w tym ani krzty przesady.

Cudowne Lata – Zabrałaś dziewczynę chłopakom

Dream-pop zaangażowany? Lesbijskie granie garażowe? Arabsko-polski funk? Tak szczerze mówiąc, to wszystko po trochu. Bo duet Ania Włodarczyk-Amina Dargham jedyne co bierze za pewnik w swojej twórczości, to gitary. Cała reszta anturażu jest opcjonalna. Gęsty bas w utworze o Strajkach Kobiet? Jest. Dansingowy kawałek o kosmitach? Też jest. Utwory śpiewane po arabsku z użyciem tureckiego sazu? To też tu znajdziesz. W kraju gdzie samo bycie otwarcie wyoutowaną parą homoseksualną bywa aktem odwagi, to Cudowne Lata są wręcz zespołem potrzebnym ze swoimi komentarzami do rzeczywistości. Zwłaszcza z takimi albumami jak Zabrałaś dziewczynę chłopakom.

Dominika Barabas – Psia mać!

Jedna z mych ulubionych polskich songwriterek wróciła z nowym albumem po mocnych przejściach osobistych. Artystka znana wcześniej głównie z piosenki autorskiej i poetyckiej, tym razem muzycznie poleciała na pełnym alt-popie i mroku. Dominika na Psia mać! odkrywa swoją delikatną i subtelną stronę (Tylko mnie kochaj, Poleć) by zaraz potem nie dawać sobie w kaszę dmuchać (Trotyl, Odturlaj). Nie stroni zarówno od mocnych perkusji oraz elektronicznych wpływów jak i od delikatnych smyczków. I z jej nieco poetyckimi tekstami jest naturalna w każdym anturażu. Takie artystki jak Dominika zasługują na znacznie więcej uwagi. Dajcie jej szansę.

Skalpel – Origins

Kolejni w tym zestawieniu kompozytorzy, na których zawsze można liczyć. Marcin Cichy i Igor Pudło wyspecjalizowali się w łączeniu elektroniki z brzmieniami jazzowymi/downtempowymi i tutaj zasadniczo robią to samo. Z tym, że tutaj sięgnęli ciut głębiej – mamy tu też breakbeat (Roots), drum’n’bass (Why Not Jungle), funk (Momentum, Night), nawet nieco trip-hopu (Bass Tent). Jasne, najwięcej tu wpływów jazzu nowoczesnego, ale te smaczki sprawiają, że chce się ten krążek odkrywać głębiej i mocniej. Całość trwa godzinę, nie pada tam żadne słowo, ale kompletnie nie czuje się tego czasu. Wręcz chce się więcej.

Naphta – Żałość

Płyta, która przywraca godność etykietce „folk”, co by nie kojarzyła się wyłącznie z kapelami pokroju Eneja i Zakopower czy popisami Cleo. A już tak serio, to Żałość jest fenomenalną wręcz opowieścią polskiej ludowizny ubraną w elektroniczne formy przekazu. Brzmi jak mezalians? Poniekąd nim jest. Ale jest tu wszystko pożenione ze sobą z szacunkiem zarówno do muzyki z ziemi radomskiej czy Polesia jak i ostrego basu. Zmiksować ludowe tańce z dubstepem? Pieśni o słowiańskich bóstwach brzmiące jak soundtrack apokalipsy klimatycznej? Say no more, wszystko tu znajdziecie. Jak to trafnie opisał Bartek Chaciński, jest to „jak kreowanie historii alternatywnej, w której po sianokosach chodziliśmy na rave’y”.

Catz N’Dogz – Punkt

Album który najpierw przyciąga listą gości (kogo tu nie ma – Kayah, Łona, Zalewski, Rosalie., Szczyl, Kuba Karaś…), a potem zachwyca jako całość. Teoretycznie Catz N’Dogz to kolesie od house i club, tymczasem Punkt pokazuje ich oblicze jako producentów… do popowych radiówek. A patrząc na to jak mało mamy ich w PL (inaczej – mało mamy takich co się na tym znają), to żadna obraza. Dalej jest w tym jakiś pierwiastek ich wcześniejszej twórczości, ale znalazło się miejsce na refreny (mało kto kuma że refren to jest podstawa) i odrobinę dopasowania do zaproszonego gościa – w szczególności kawałkach z Łoną i Rosalie., które mogłyby znaleźć się na ich własnych płytach. Z kolei Zalewski i Kayah idealnie odnaleźli się w klimatach klubowych. Nawet schafter w swoim kawałku nie irytuje! Do tych panów już powinny się ustawiać kolejki gwiazd chętnych na przeboje.

Mrozu – Złote Bloki

Darujmy sobie te gadki o ewolucji Łukasza powtarzane już od sześciu lat. Skupmy się na konsekwencji i solidności, bo tego Mrozowi odmówić nie można. Złote Bloki to czysty soul/r&b jakiego niewiele na krajobrazie polskiego mainstreamu. Dęciaki i perkusja dają do pieca jak na soczystym koncercie, nie brak wycieczek rock’n’rollowych, ma się momentami wrażenie słuchania materiału live. Słychać też progres w głosie Mroza – z każdym albumem coraz śmielej idzie w wysokie rejestry i krzyki, koleś naprawdę wie jak operować swoimi strunami by dopasować je do gitar i tekstu. Dobra, napiszę to teraz – miał Miliony monet z plastiku i zamienił je w czyste złoto.

Bonusowa runda – najlepsze EPki

Szczyl i Magiera – 8171

Po takim fenomenalnym debiucie jak Polska Floryda, poprzeczka u Szczyla wisiała wysoko. Co prawda, obaj panowie łączyli już twórczo siły na tamtym albumie, ale tym razem odpowiedzialność jest wspólna. Zadziałał tu eklektyzm obu panów, którzy w swojej twórczości nie trzymali się stricte hip-hopowych ram i się nimi bawią. Bo czego tam nie ma – breakbeat przechodzący w klimat klubowy (2007), trochę soczystych trapów, sporo zabaw funkiem (To do wszystkich tych, którzy czuli się źle dziś – absolutny banger). A przy tym wszystkim Szczyl który chrzani schematy by raz przypominać Paktofonikę (Hamuj się), a potem polecieć na pełnym Żabsonie (Chainz).

Brodka – Sadza

Bardzo żałuję, że Monika z 1988 nie dali sobie więcej czasu do stworzenia dłuższego materiału. Bo Sadza zostawia z uczuciem nienasycenia. Monika musiała chyba prywatnie przejść jakiś armageddon, bo śpiewa z takimi emocjami jak nigdy wcześniej. I nie chodzi tylko o język polski, a o wytworzenie atmosfery intymności, bliskości, zupełnie jakbyśmy siedzieli z nią w jednym pokoju, a ona nam dawała serce na dłoni. Niektórzy narzekali na te częstochowskie rymy jak „sadza się osadza” czy „Monika, gdzie tu sens gdzie logika”, ale to właśnie one są w jakimś sensie siłą Sadzy, bo są szczere. Połączone to z produkcją 1988 daje nam absolutnie najlepsze dzieło w karierze Brodki. Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet lepsze od Grandy.

Coals – Rewal

W którymś wywiadzie stwierdzili, że nie ma większego wyzwania od napisania i nagrania hitu. I chyba kokietują, bo wydana na początku 2022 EPka Rewal składa się tylko z takowych. Poważnie – refreny w Lawie, Resecie czy Ganc Egal od razu się przytwierdzają do głowy, Kacha śpiewa coraz odważniej i głośniej (a po polsku wypada zdecydowanie lepiej niż po angielsku), a koncert w Poznaniu udowodnił mi, że te podkłady idealne są do tańczenia. Oni są coraz bardziej zbliżają się do wielkiej popularności wzorem The Dumplings, lada moment będą mieli te same sceny co oni. Jeszcze tylko jeden taki album.