Pol’and’Rock Festival 2021 – dzień trzeci

Nienawidzę tego dnia każdego roku. Dnia, który z każdą kolejną godziną i każdym kolejnym koncertem uświadamia mi, że to już koniec. Że trzeba łapać jak najwięcej tych chwil, bo kolejne dopiero za rok. I starałem się łapać jak najwięcej… na ile pozwalał mi organizm i wory pod oczami.

A dopiero pod sam wieczór udało mi się znaleźć czas i siłę. Mieliśmy z partnerem ambitne plany, by wyjechać jak najszybciej po zakończeniu – zatem całe popołudnie spędziliśmy na pakowaniu się i składaniu namiotu. Udało się całkiem nieźle, dzięki czemu byliśmy gotowi do szybkiego wyjazdu… ale dobra – może najpierw o tych ostatnich wrażeniach koncertowych. Których za wiele nie było.

Hańba!

Kiedy o 19 na scenę wszedł krakowski zespół Hańba! grający punk-rock z elementami muzyki klezmerskiej (tak, są takie zespoły w tym kraju), pod sceną migiem zrobiło się skocznie, wesoło oraz… politycznie. I bynajmniej chodzi tu o okrzyki spod znaku „ośmiu gwiazdek” – była mowa o Białorusi, bo pojawili się aktywiści z kraju naszego sąsiada, przeciwni rządom Łukaszenki. Rozłożono wielką białoruską flagę i skandowano hasła o wolności dla tego kraju. A sama muzyka Hańby mocno do tego zachęcała. Co się okazało też idealnym momentem do późniejszego wygłoszenia festiwalowej przysięgi. Uczestnicy przynieśli flagi, Pokojowy Patrol rozdał słoneczniki wśród tłumu i wreszcie padły słowa o szanowaniu „tego kawałka ziemi” i „domie w którym panuje miłość, tolerancja i przyjaźń”. Przyznam szczerze, trochę się popłakałem.

Pidżama Porno

A potem nadeszły dwa niezwykle wyczekiwane koncerty – Pidżama Porno oraz Kasia Kowalska. Oba na swój sposób porywające, oba pełne ognia i czadu, oba obejrzane tłumnie. Kolejne dwa różniły się frekwencją znacznie – co nie dziwi, bo pojawili się zagraniczni artyści, niespecjalnie znani w naszym kraju. Zaczęła Morgane Ji – łącząca w swojej muzyce rock, etno, blues i folk, wraz z nieco chropowatym, bardzo charakterystycznym głosem, który przypominał mi nieco Tinę Turner i Lauryn Hill. I była to muzyka pełna energii i pasji. Artystka dała z siebie wszystko i uwodziła publiczność próbując mówić po polsku (wychodziło jej całkiem nieźle). Z dziką ochotą zobaczyłbym ją w wydaniu klubowym lub na jakimś bardziej kameralnym festiwalu (np. gdyńska Globaltica wydaje się dla niej idealna). Potem atmosfera skręciła w zupełnie innym kierunku, kiedy pojawili się metalowcy z francuskiego Slift. I tutaj momentalnie odjęło mi mowę. W trakcie stałem jak wryty, że wręcz zapomniałem zrobić choćby jednego zdjęcia. Po prostu wow. Monstrualne riffy i solówki gitarowe wgniatały w ziemię.

Morgane Ju

Zbliżała się godzina pierwsza. Pora się było pożegnać. Piotr Bukartyk i uczestnicy jego warsztatów weszli na scenę. Piotr zaczął od kilku własnych piosenek zagranych solo, ale wszyscy zgromadzeni pod sceną czekali tylko na tę ostatnią, wykonaną razem z uczestnikami. Z tylu chmur stało się już swoistym hymnem dla Pol’and’Rock Festivalu i już nikt nie wyobraża sobie innego końca jak tylko z chóralnym śpiewaniem „Jedno nad nami niebo – każdy co innego widzi w nim” oraz Jurkiem, który z roku na rok coraz bardziej emocjonalnie się żegna. W tym roku jednak znacznie bardziej wdzięczny dla wszystkich zaangażowanych w festiwal – łącznie ze służbami porządkowymi i władzami gminy Płoty, oraz dla wszystkich uczestników. Bo oto w tym roku udało się dokonać czegoś, co jeszcze w marcu wydawało się tylko chłodnym marzeniem. Zrobiono prawdziwy festiwal na wielką skalę. Festiwal pełen radości, życzliwości i dobrej muzyki. W środku globalnej pandemii. Fundacja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz Pol’and’Rock Festival udowadniają nam po raz kolejny, że dla nich niemożliwe nie istnieje.

Pol’and’Rock Festival 2021 – dzień drugi

Cały dzień zastanawiałem się czy to ze mną jest coś nie tak, czy z tym festiwalem. Odzwyczaiłem się po roku bez intensywnych imprez? Nie daję rady jako początkujący „dziennikarz” (wrzucam to słowo w cudzysłów bo jeszcze za takiego się nie uważam) z relacjonowaniem na bieżąco? Czy to Pol’and’Rock swoim programem wyciska ze mnie ostatnie resztki sił? Tak czy siak, muszę to oficjalnie ogłosić już na wstępie podsumowania drugiego dnia – nie wyrabiam.

Wspominałem wam może, że mam obóz rozbity tuż przy Dużej Scenie? I że artyści zaczynają tam swoje próby od wczesnych godzin rannych? No to teraz już chyba wiecie jak z moim wysypianiem się. Jasne, na Pol’and’Rocku mieć spokojny sen to jak wygrać z nowotworem, ale ta edycja mnie już zniszczyła na ciele doszczętnie. Jestem od rana zwyczajnie wykończony tak, że nie mam siły i głowy iść na jakiekolwiek spotkanie na ASP. W momencie w którym piszę ten wpis Radek Kotarski kończy swoje spotkanie z publicznością tam – a chciałem tam być. Tak samo jak na wczorajszej debacie odnośnie przyszłości Polski w UE i czwartkowym spotkaniu z Andrzejem Chyrą. Za każdym razem organizm mi mówi „daj se spokój i tak nie wytrzymasz”. Te same sygnały dostałem też po północy, kiedy planowałem spędzić noc na koncertach ASP… i nic z tego.

Nie piszę tego przydługiego wstępu, by się pożalić. Tylko by na przyszłość od razu wyjaśnić, czemu nie umiem napisać o wszystkim co się dzieje na festiwalu. Bo nie umiem. Chciałem od samego początku zasuwać, relacjonować, donosić o niemal wszystkim co się tu dzieje – ale jako „jednoosobowa redakcja” (nawet mimo posiadania obok partnera w roli dodatkowego fotografa i kierowcy) nie daję rady. I liczę, że to zrozumiecie.

Ale spokojnie, nie zamierzam się tu tylko użalać nad sobą i nieumiejętnością szybkiego regenerowania się. Udało mi się zobaczyć co nieco. O ile pierwszego dnia festiwalu na Dużej Scenie była huśtawka emocji, tak drugiego dnia było ciągle rockowo i głośno – z jednym małym wyjątkiem, o którym za moment. Zespoły z mniejszym stażem i mniejszą popularnością, jak Cheap Tobacco, Nietrzask czy Decadent Fun Club wiedziały jak rozgrzać publiczność przed większymi wyjadaczami. Co w sumie nie powinno dziwić, w końcu jak cała ta trójka dostała się na festiwal dzięki Eliminacjom, to już wiedziała z czym będzie się mierzyć. I z radością mogę potwierdzić, że sprostali temu zadaniu.

Cheap Tobacco

Prawdziwa rozróba zrobiła się jednak kiedy na scenie pojawiła się ekipa z Dirty Shirt. Rumuńska kapela znaleziona w internecie przez organizatorów dostała zaproszenie już rok wcześniej – ale wiadomo co. Jurek Owsiak był jednak na tyle do nich przekonany, że dał im kolejną szansę i prosił gorąco publiczność, by również im ją dali. Kiedy zaczęli grać i ze sceny poleciał mocny folkowy hardrock (momentami było to jak pomieszanie Rammstein z Enejem) – to publiczność pod sceną oszalała.

Dirty Shirt

Nie gorzej było kiedy pojawił się Dżem – kapela od lat wyczekiwana przez uczestników festiwalu. Fani legendarnej kapeli stawili się tłumnie pod sceną (oraz za barierkami ci, którym nie pozwolono wejść z np. piwem) i wyśpiewali z Maciejem Balcarem wszystkie szlagiery kapeli. Na sam koniec koncertu zaserwowano publiczności niespodziankę w postaci sektorówki rozłożonej nad głowami. Kolejny zespół – pochodzący z Francji Igorrr – zebrał już mniejszą publiczność, ale równie entuzjastyczną. Chociaż muszę dodać, że tamte hardrockowe melodie wzbogacone o operowe zaśpiewy wokalistki i growl drugiego wokalu brzmiały mi osobiście bardzo topornie.

Igorrr

I właśnie potem klimat zmienił się momentalnie na bardziej lirycko-elektroniczny, bo oto na scenie pojawił się zespół Bokka. Zamaskowani muzycy porozumiewali się z publicznością za pomocą telebimów i musiała wszystkim wystarczyć muzyka. A ta – opierająca się na syntezatorach i loopach – wprowadzała w specyficzny trans. Któremu wiele uczestników się poddało. Nie był to bowiem pierwszy występ tej kapeli na scenie Pol’and’Rock i poniekąd można było się spodziewać jak ten występ przebiegnie. A potem pojawiła się Dubioza Kolektiv i nie było zmiłuj. Hałas, krzyki, pogo, fani na scenie i ostry rave ze sceny. Kto był na festiwalowym koncercie tej kapeli w 2018, ten w zasadzie dostał niemal to samo – tyle że tym razem nie w świetle dziennym. Ale nikt nie śmiał narzekać, wszyscy tańczyli i śpiewali jak im Dubioza zagrała.

Dubioza Kolektiv

I kiedy ten koncert dobiegł końca, moje ciało zaczęło wrzeszczeć o odpoczynek. Chciałem jeszcze pobiec na nocną scenę Akademii Sztuk Przepięknych, ale nie dość, że zrobiło się chłodniej, to jeszcze oczy same się zamykały. Dlatego sobie odpuściłem. I chyba odpuszczę również dziś. Bo to dziś trzeba wytrwać do samego końca. Wytrwać na pożegnanie.

PS. Tak, wiem – już to powtarzałem. Ale dalej zapraszam na mój instagram po znacznie więcej relacji i zdjęć.

Pol’and’Rock Festival 2021 – dzień pierwszy

27. Pol’and’Rock Festival ze stacji Makowice – odjazd! Sygnał wybrzmiał w czwartek po godzinie 15 i Najpiękniejszy Festiwal Świata oficjalnie wystartował. Skromniejszy niż zwykle, co prawda – ale jak na czasy pandemiczne jest to festiwal z rozmachem światowym.

20 tysięcy wejściówek rozeszło się wcześniej piorunem – ale na sam start raptem połowa dozwolonych uczestników przyjechała. Jurek Owsiak postanowił w czwartek poczekać z uroczystym wygłoszeniem przysięgi festiwalowiczów „aż wszyscy przyjadą”. Kolejka samochodów do testów na COVID (według słów organizatorów tylko jedną osobę trzeba było odprawić z kwitkiem, po tym jak kilkakrotne testowanie dawało wynik pozytywny) ciągnęła się do późnych godzin, a przez bramę co chwila wchodzili ludzie z namiotami i śpiworami. Doszło wręcz do tego, że trzeba było szybko zorganizować więcej miejsca na namioty dla spóźnialskich. Fundacja postanowiła też pójść na rękę tym, którzy kupili bilety na późniejsze daty – bo można wjeżdżać bez patrzenia na datę biletu. Zarówno pod sceną, jak i w kolejkach czy strefach partnerów idzie zauważyć, że ten festiwal jest znacznie skromniejszy. Ale festiwalowy duch którego było pełno w Kostrzynie, jest obecny i w Makowicach. Ludzie uśmiechnięci, tańczący i śpiewający na pasie startowym lotniska, rozbijający swoje „wioski”, pełno zabawnych kostiumów i przebrań. Potwierdza się to, że ten festiwal tworzą uczestnicy, nie miejsce.

Na jednej z konferencji prasowych Jurek Owsiak nie czekał na pytanie, które na pewno by padło i od razu powiedział – tak, są plany by Pol’and’Rock został na lotnisku w Makowicach na następne parę lat. Podkreślał jak wielkim logistycznym wyzwaniem było zorganizowanie festiwalu na pustym lotnisku, gdzie trzeba było przywieźć dosłownie wszystko – również wodę do sanitariatów. Dziękował władzom gminy Płoty za współpracę, chwalił współpracę ze służbami porządkowymi i co rusz zapewniał, że największa praca wciąż jeszcze przed nimi. Bo zacząć festiwal udało się gładko – zakończyć z wywiezieniem wszystkiego może być znacznie trudniej. Ale nie mówmy o końcu, bo jeszcze do niego daleko.

O ile w zeszłych latach niemożliwym było zobaczyć dosłownie wszystkie festiwalowe występy, tak w tym roku Pol’and’Rock wręcz zdaje się do tego zachęcać. Spotkania z gośćmi Akademii Sztuk Przepięknych zaczynają się punkt dziesiąta, kończą tuż przed otwarciem Dużej Sceny, a wszystkich którym było przez cały dzień mało wrażeń jeszcze ugości nocna scena ASP. Ci najbardziej wytrzymali mogą więc bawić się przez ponad 16 godzin! O ile znajdą się tacy, bo wrażeń od samego początku jest co niemiara.

Widok na przestrzeń pod Dużą Sceną z koła Allegro.

Począwszy od samych gości ASP, którzy tryskali humorem i dobrą energią – mimo wczesnych godzin rannych. A kiedy Tabu otworzyło Dużą Scenę, to zabawa zaczęła się na dobre! Na twarzach uczestników i artystów malował się uśmiech pełen beztroski i swobody, za którą wszyscy tęsknili przez cały 2020. Chociaż nikt z organizatorów nie twierdził, że zagrożenie minęło, to ziarnko nadziei na lepszą przyszłość zostało zasiane muzyką.
Atmosfera na Dużej Scenie zmieniała się z koncertu na koncert. Tabu bujało uczestnikami, WaluśKraksaKryzys swoim punk-rockowym uderzeniem zmuszał do skakania i pogowania, Kroke uspokoiło uczestników, a Vavamuffin i Jahcoustix rytmami reggae znowu rozbujali i namawiali do miłości. Kiedy scenę przejęli Łona i Webber & The Pimps, to pod sceną rozpoczęła się potężna impreza. Okrzyki ze słynnym „ośmiogwiazdkowym hasłem”, machanie rękami na lewo i prawo oraz unoszący się w powietrze piach i kurz wzniesiony przez tańczącą publiczność. I zasadniczo taka atmosfera została już do samego końca dnia, bo na Renacie Przemyk publiczność nawet nie próbowała się uspokoić. Sama artystka też nie kryła wzruszenia takim przyjęciem przez Pol’and’Rockową publiczność – chociaż był to jej już trzeci z rzędu koncert na festiwalu. Może tylko Raz Dwa Trzy nieco wyczillowało rozentuzjazmowaną festiwalową dzicz, ale kończąca dzień Łydka Grubasa od samego początku nie brała jeńców. W sumie nie musiała – obecni pod sceną festiwalowicze tańczyli tak ostro jak im zespół zagrał.

Łydka Grubasa na Dużej Scenie

A ci, którzy naładowani endorfinami i adrenaliną potrzebowali uspokojenia, mogli udać się od razu na scenę ASP, gdzie czekała na nich Trupa Trupa. Kiedy widziałem ich pierwszy raz na żywo jakąś dekadę temu, byli debiutującymi szczylami o których niewielu wiedziało. Teraz ich oglądałem na Pol’and’Rock Festiwal jako zespół z karierą międzynarodową porównywalną do Riverside czy Behemoth. Proponowany przez gdańską kapelę alt-psychodeliczny rock wprowadzał w atmosferę strachu i niepokoju. Idealną na zakończenie intensywnego pierwszego dnia festiwalu.

Trupa Trupa na scenie Akademii Sztuk Przepięknych

Pierwszy dzień potwierdził to, z czego już wcześniej ten festiwal był znany – na Pol’and’Rock Festival niemożliwe nie istnieje. Pandemia? Ograniczenia eventowe? Miejsce imprezy na którym nie ma nic? Eee tam – dla twórców tego festiwalu nie ma rzeczy nieosiągalnych. I tak zrobią festiwal pełen muzyki, kolorów i beztroskiej zabawy.

PS. I po raz kolejny przypominam, że znacznie więcej zdjęć i relacje na bieżąco są u mnie na instagramie!